Zagryzam tabliczką czekolady nieprzespaną noc. Parafraza własnego wiersza. Tonę w setkach kartek do przepisania, opracowania i skatalogowania. Za oknem pachnie świeżo skoszona trawa. Dzieciaki grają w piłkę. Dwaj mężczyźni rozmawiają racząc się tanim winem. Niby banał codzienności… A jednak…
W W. sezon sianokosów. Z. zapuszcza silnik w traktorze. Wyciera zabrudzone olejem i smarem ręce. Przeklina pod nosem. Z nieba leje się żar. M. przygotowuje dmuchawę. J. taczkami wywozi gnój z obory. W miejscowej szkole podstawowej dzieciaki porządkują ogród. Zbierają kwiaty do wazonów. Na cmentarzu spoczywają zapomniane groby.
Zamordowana łąka. Czas zebrać żniwo kosiarek. Starsze kobiety i młode panny zgrabiają trawę w jedno miejsce, tworzą sterty. Bogatsi rolnicy podjeżdżają ciągnikiem z przyczepą samozbierającą, wyręczając swoje żony i córki w ich robocie. Idylla trwa do późnych godzin popołudniowych. Potem czeka kąpiel, łyk piwa, telewizja a i czasem seks po dobrej robocie…
Z. twierdzi, że ropy nie starczy. A ropa ostatnio coraz droższa przecież. Żona Z. wyciąga portfel, podaje banknot stuzłotowy. Wystarczy?-pyta. Z. odpowiada od niechcenia-może i wystarczy…
J. jest już po robocie. Teraz wybiera się do swojej Niusi. Popieści ją i wycałuje… Koguty pieją…
Czekolada nie pomaga. Filiżanka kawy na wzmocnienie. Wciąż czuję zapach świeżo skoszonej trawy. Zieleń zalewa mnie jak krew.
