Obrazek z Torunia. Ulica Szeroka. Mijają się mężczyźni i kobiety. Jedni mają rozpromienione twarze, inni wprost przeciwnie- wyglądają co najmniej pogrzebowo. Ulicą Szeroką idzie kobieta. Postrzępione ubranie, grymas na ustach, wilgotne włosy. Na nogach trampki. Z trampek wystające palce. Z palców wystające paznokcie. Długie i mocne, otoczone grudkami ziemi. Nad kobietą rój muszek. W mieście Kopernika to normalne o tej porze roku. Warszawa ma swój smród, a Toruń muszki. Muszki atakują kobietę, lecz ona tego nie czuje. Idzie przed siebie. Niesie reklamówki pełne gazet, jakichś strzępów szmat, butelek… Kobieta idzie pewnie. Wie dokąd zmierza. A nawet jeśli nie wie, to dokądś pewnie zmierza… Ludzie przechodzą obok niej obojętnie. Co wrażliwsi zatykają nosy- panny i mężatki o podwyższonym statusie społecznym.
Pamiętam podobne obrazki z warszawskiego Baru Mlecznego „Złota Kurka”… W tym barze codziennie przez pięć lat spotykałem bezdomnych, narkomanów, alkoholików i inwalidów. Za małe pieniądze wyciułane od przechodniów lub samych klientów baru mogli zjeść sobie zupę grochową za niespełna siedemdziesiąt groszy. Zupa grochowa to było danie dla tych ludzi królewskie- tłuste, dużo kartofli, słoniny, a i czasem jakieś kawałki mięsa się zdarzały…
Napisałem kiedyś artykył opublikowany jednocześnie w Polsce i na Ukrainie pod tytułem:”Żebrak i laleczka”, w którym opisałem losy pewnego bezdomnego, którego jedynym przyjacielem była szmaciana laleczka. Bezdomny spał z nią, zabierał ją na spacery… Karmił kompotem i kisielem…
Kobieta z ulicy Szerokiej ma chyba podobny los. Postrzępiony. Samotny. Kreci.
