1. przed kolacją był czas na modlitwę. dom miał olbrzymią kolekcję świętych obrazków. na każdej ścianie co najmniej dwa jezusy lub co najmniej jedna matka boska. ścian było cztery. pokoi trzy. plus kuchnia i strych. razem ponad 20 obrazów nap pietnastu ścianach. domowników było czterech. babka nieboszczka, matka, córka i syn. ojciec by był, ale uciekł- przestraszył się modlitwy lub świętych obrazków lub domowników lub wszystkiego po trochę.
modlono się na klęczkach. każdy miał swój obraz. matka najczęściej wizerunek jezusa z sercem promieniującym energią wszechświata uwięziony w dębowej ramie. babka nieboszczka miała swoja prywatna ikonę uratowaną z wysiedlonego domu w Pozdziaczy w czterdziestym siódmym. dziwne, źe zawsze ilekroć babka nieboszczka modliła sie do tego obrazu ryczała jak dziecko. córce było zawsze wszystko jedno, który obraz jej przypadnie, synowi odwrotnie- zawsze chylił głowę przed matka boska z czestochowy, bo miała takie fajne świecące lampki wokól, co sprawiało że ślniła jak ze złota.
modlono się w ciszy. żeby nikt nikomu nie przeszkadzał. i żeby był święty spokój.
potem siadano do stołu. babka nieboszczka pod nieobecność ojca, który uciekł, dzieliła się prosforą. na stojąco składała domownikom życzenia. potem jedzono kutię, gołąbki, pierogi, barszcz, rybę, zupę grzybową. na stole nigdy nie było dwunastu potraw. było ich wiecej, bóg jeden wie ile ich bylo, nigdy nie zdążyłem policzyć.
i była choinka. i prezenty. i koledy. przed północą domownicy wędrowali do stajni. częstowali konie resztkami wigilijnych potraw. potem krowy i świnie, koty i psy. na końcu kury- żeby się dobrze niosły.
potem byl czas na sen. czasem próbowałem zasnąć pod choinką zamiast we własnym łóżko za co byłem ganiony przez babkę nieboszczke i uważany za niepoczytalnego przez siostrę. lubiłem wpatrywać się w bombki, bawić się igłami, podkradać czekoladowe cukierki z gałązek. czasem odwiedzał mnie pod choinką kot, tuliłem się do jego sierści, a on tak pięknie mruczał, jakby kolędował po swojemu.
za oknem zwykle szalała śnieżna wichura. w piecu trzaskało drzewo. zasypiałem znienacka, bez zapowiedzi, odurzony zapachem swierku i imbiru.
2. wigilijny poranek w bardejowie. w rynku grupa folklorystyczna z pod Koszyc śpiewa kolędy. po słowacku, po ukraińsku i po angielsku. pachnie świętami. robotnicy najemni kończa ubierac choinke przed urzędem miasta. potem pójdą na piwo lub coś mocniejszego. przy wigilijnym stole zabraknie wódki i wina- dopilnują tego konserwatywne żony i matki- trzeba to sobie jakoś zrekompensować. mróz niesamowity. prawdopodobnie minus dwadzieścia. albo i więcej. smarki zamarzaja w nosie. ale świeci słońce. i niech ktoś mi powie, że słońce grzeje.
księgarnie w bardejowie czynne dziś do pierwszej. na stefanikova znajduję tom antonycza po słowacku. śmiesznie mi się czyta „narodyvsja vin na sanjach” w obcym języku. to jakby czytać szekspira po polsku. grupa turystów z francji pyta mnie po niemiecku, chyba o drogę gdzieś, nic nie rozumiem. pokazuję na chybił trafił tam i tam, francuzi uśmiechają się w podziękowaniu nie spodziewając się, że za chwilę trafi ich szlag. i to jeszcze kiedy- w wigilię.
chciałem odwiedzić jakis bar, wszystkie zamknięte albo w menu maja tylko alkohol. pale papierosa. w momencie kiedy kończę przypalać pojawia sie jakis rumun. pyta czy mu nie przypalę, a potem, pac, po mojej kieszeni, ja mu na to żeby spierdalał. a on mnie jakąś klątwą, po rumuńsku. znów nic nie rozumiem.
o siedemnastej mam autobus do granicy. kupuję hotdoga na dworcu autobusowym i zaopatruję się w kilka słowackich piw. dobre tu maja piwo- sycące i gorzkie. na granicy ciemno i nieprzyjemnie. pogranicznik sprawdza mi paszport i życzy wesołych świąt. na przystanku autobusowym rozkład trafił szlag. stoję już godzinę i marznę. jakiś polak dobrodziej próbuje mi wytłumaczyć, źe autobusu do gorlic nie ma i nie będzie. ponoć jeden zdechł próbując podjechać pod przełecz małastowską, wiec zlikwidowano resztę połączeń.
jest wigilia. jest gwiazda. i nie ma autobusu. nic nie ma. żywego ducha. zaczynam rozumieć klątwę rumuna. jestem przekonany, że maczał w tym palce.
idę. w końcu do przełęczy tylko dziesięć kilometrów. Sniegu niewiele, może dziesięć centymetrów. za to mróz duży. ciekawe, kiedy mi piwo zamarźnie w plecaku. i odpadną palce u nóg. idę. znam te ziemie jak własna kieszeń. wybierałem sie tu na wagary we wczesnym okresie studiów, gdy jeszcze byłem alkoholikiem i życie mi było nie straszne. idę. dlaczego do cholery nikt nie jedzie w kierunku gorlic? idę.
trzy godziny szedłem. do przełęczy. wypiłem dwa piwa bo mi sie po drodze zrobiło ciężko. cieszyłem się jak dziecko, gdy zobaczyłem znak szlaku do schroniska na magurze. moje zbawienie.
okazało się że szlak zniknął pod śniegiem. znam te ziemie jak własną kieszeń,wybierałem sie tu przecież na wagary we wczesnym okresie studiów. latem.
szedłem na tradycyjnego czuja. pod górę. po może trzystu metrach zniknął księżyc. potem widziałem już tylko pnie drzew jak przez sen.
do schroniska dotarłem już w boże narodzenie. dobrze po północy. wyziębiony, zmęczony i głodny. właściciel dobrodziej patrzył na mnie z politowaniem, gdy łapczywie, wielkimi hełstami piłem herbatę. bóg sie rodzi. moc truchleje.
3. jak sie tu znalazł i dlaczego? stał oparty o mury kościoła św. Michała i patrzył przed siebie. milczał. szukał odpowiedzi lecz gubił sie w pytaniach. kim był? czego szukał w tym miejscu, w tym mieście w tym kraju? dlaczego porzucił tamto miejsce, tamto miasto i tamten kraj? Mało mu bylo przestrzeni? Mało powietrza? Mało wrażeń?
miasto ze wzgórza wyglądało imponująco. na pólnocnym zachodzie wiszący most decydował o jego sławie. każdy mógł wiechać na ten most, ba, nawet zrobic sobie zdjęcie za jedyne piecdziesiat pensow. piechur nie musial placic. piechur miał sławny most za darmo. pod mostem rzeka avon spokojnie plynęla przed siebie. tylko nieliczne promy probowaly plynac pod jej prąd.
stal oparty o mury kościoła św. Michała i milczał. z dystansu wpatrywał sie w sieć ulic i alei, zaułków i placów, ogrodów i parków.
czego pragnął? w trzydziestą drugą wigilię życia- gdzie dotarł? usta zakleił ciszą.
