Wyjeżdamy z Bristolu do Exeter porannym pociągiem. Trasa niezbyt ciekawa- choćby dlatego, że pokonywaliśmy ją już wcześniej wiele razy w drodze do Północnego Devonu czy bardziej na południe- do Cornwalii. Kilka godzin podróży Agnieszka spędza w półśnie, a ja próbuję naszkicować jakiś prowizoryczny plan wyprawy. Naszym celem jest Jurrasic Coastal Path- pokonanie choćby części trasy na nogach z noclegiem w namiocie. W marcu noce są jeszcze zimne, ale wspólnie stwierdzamy, że jedną noc w namiocie jesteśmy w stanie przeżyć. Dworzec kolejowy St Davis w Exeter jest nieco oddalony od centrum miasta i dworca autobusowego, skad wyruszymy do Beer, małej, rybackiej wioski- początek naszej pieszej wedrówki. Po konsultacji z kilkoma porannymi przechodniami udaje nam się dotrzeć do dworca na czas.
Autobusem X54 udajemy się do Beer. Cała trasa autobusu wiedzie przez najbardziej atrakcyjne miejsca południowego Devon i Dorset, a pokonanie dystansu z Exeter do Bournemouth zabiera prawie siedem godzin. My, na szczęście, tak daleko nie jedziemy – po godzinie jazdy bez szczególnych widoków wysiadamy w samym centrum rybackiej wioski.
Intuicja prowadzi nas prosto na malowniczą plażę. Wapienne skały, kamienisty brzeg i wzburzone morze sprawiają olbrzymie wrażenie…Spacerujemy brzegiem morza, szukamy interesujacych kamieni do kolekcji i zaspokajamy kawowy głód w niewielkiej kawiarence. Niedaleko rybacy sprzedają świeże ryby, az ślinka cieknie, żeby spróbować jakiegoś kraba- budżet nie pozwala nam jednak na tak ekstrawaganckie zakupy
Po godzinie spędzonej Beer kierujemy sie do Seaton. Krótka wędrówka z widokiem na morze i okolicę. Po 20 minutach marszu docieramy na miejsce.
Seaton to niezbyt urokliwe miasteczko z urokliwą plażą. Skały mają tu zupełnie inny kolor niż w Beer. Dominuje czerwień i pomarańcz. I piękna pogoda, która nas rozpieszcza podczas pierwszego dnia wędrówki.
Z Seaton udajemy się autobusem do Osmington. W autobusie jemy nasz pierwszy porzadny posiłek i przez prawie trzy godziny obserwujemy krajobrazy za oknem. Mijamy małe wioski w południowym Dorset, urzekają domy kryte strzechą, wąskie uliczki w Lyme Regis i Abbotsbury.
Z Osmington wędrujemy szlakiem łącznikowym do Osmington Mills i Lulworth Cove. Po pietnastu minutach marszu wiatr zwiększa prędkość i zaczyna padać deszcz. Znajdujemy schronienie w mgnieniu oka- na horyzoncie pojawia sie bowiem wiata, gdzie możemy moemy spokojnie przeczekać złą pogodę. Szczescie nam sprzyja- po kilkunastu minutach czarne chmury znikaja, a na niebie pojawia sie slonce. Wedrujemy klifowa sciezka sugerując się znakami od czasu do czasu pojawiającymi się na kamieniach czy furtkach. Po jakims czasie na horyzoncie pojawia sie malenki kosciolek- Agnieszka jest urzeczona jego pieknem- robimy tu dluzszy postoj na osobista medytacje, modlitwe, czy odpoczynek. Wnetrze udekorowane jest baziami i swiezymi kwiatami- pozostalosc po niedzieli palmowej.
Cisza wokol korci do pozostania tu dluzej, jednak musimy kontynuowac nasza wedrowke, by zdazyc do Lulworth przed zmrokiem.
Wiatr przybiera na sile. Agnieszka dziarsko sie trzyma na sciezce, ja czuje wiatr doslownie wszedzie, pchajacy mnie w strone urwiska. Panika, lek wysokosci-pozostalosc po wyprawie w gory Montserrat w Hiszpanii, nie daja mi spokoju. Decyduje sie wedrowac wzdluz ogrodzenia, oddalonego kilka metrowod glownej sciezki, dzielna Agnieszka kontynuuje marsz pod wiatr klifowym przepastnym brzegiem. Po godzinie marszu wyłania nam się Durdle Door, slynne drzwi skalne wyzlobione przez fale. Z Osmington do Durdle Door jest zaledwie 11 kilometrow- potrzebowalismy trzech godzin, aby tu dotrzec. Mamy usprawiedliwienie-ciezkie plecaki, niesprzyjajacy wiatr, no i pobyt w kosciolku, ktory spalaszowal czas. Warto jednak bylo. Widoki ze wzgorza zapieraja dech w piersiach, a zachod slonca wspaniale uwiencza pierwszy dzien wedrowki.
Znajdujemy miejsce pod namiot- wsrod wrzosow, bo oslaniaja przed wiatrem. Mamy sasiadow- zające, ktorych tu dziesiatki-
dzielimy sie z nimi miejscem i nikt nikomu nie przeszkadza.
Przed snem kubek cieplej herbaty. Noc jednak okazuje sie mrozna- podwojna ilosc ubran i cieply spiwor to jednak za malo by czuc sie komfortowo w namiocie. W koncu jednak udaje nam sie zasnac. Zmeczenie przezwycieza chlod.
23 marca, Wielkanocna Niedziela. A Jednak przetrwalismy noc. Okolo siodmej jemy sniadanie. Oczywiscie dzielimy sie jajkiem, jak nakazuje tradycja. Przypadkowi Wedrowcy zycza nam milego dnia. Kilkanascie minut pozniej- ulewa. Na szczescie zdazylismy zwinac namiot. Przez kilkadziesiat minut ukrywamy sie we wrzosach. Po zastanowieniu i wymianie pogladow decydujemy sie wyruszyc w strone Campingu, oddalonego od miejsca naszego postoju o okolo 600 metrow. Tam znajdujemy schronienie przed deszczem, pijemy goraca herbate i zastanawiamy sie co dalej.
I znowu mamy szczescie- czarne chmury znikaja- na niebie znowu pojawia sie slonce. Zostawiamy plecaki w recepcji Campingu i juz wolni od ciezaru udajemy sie w strone Durdle Door, by przyjrzec im sie blizej.
Na miejscu sporo turystow, psow i schodkow do pokonania. Slisko. Spacerujemy plaza, po drodze odkrywamy przemila jaskinie- marzy mi sie nocleg w tej jaskini, ale Agnieszce ten pomysl nie za bardzo odpowiada.
Obejrzawszy Durdle Door kierujemy sie w strone Lulworth Cove. Maszerujemy wzgorzami- piesci nas slonce- po kilometrze spaceru dostrzegamy zarysy Cove i wioski, slicznie polozonej miedzy Wzgorzami i Morzem.
Nastepna godzine zwiedzamy wies i rozkoszujemy sie pieknem okolicy. Do czasu, gdy zaczyna nam burczec w brzuchach. Okazuje sie, ze znalezienie taniego posilku jest tu wrecz niemozliwe. Po jakims czasie udaje nam sie jednak ta trudna sztuka. Objadamy sie olbrzymia iloscia frytek w jednym z uroczych pubow. Tam tez natrafiamy na grupe Polakow, tez jak my, Wloczykijow, lecz z wiekszym portfelem- nas nie stac na piwo, ich- tak. Gramy w warcaby, przysluchujemy sie rozmowom miejscowych i zastanawiamy sie jak sie wydostac z tego miejsca- jest niedziela wielkanocna, autobusy nie kursuja, najblizsza stacja kolejowa w Wool oddalona jest o osiem kilometrow. Agnieszka smialo proponuje autostop. Ja mam watpliwosci. W swoim zyciu udalo mi sie zlapac cokolwiek moze z dwa razy, stad sceptycyzm.
Przez pol godziny lapiemy stopa- bez rezultatu. Decydujemy sie jednak przemieszczac pieszo-badz co badz osiem kilometrow to nie tak duzo … Po drodze mijamy wioske wojskowa, otoczona drutem kolczastym- przypomina to troche miasteczko armii radzieckiej w Legnicy, albo Oboz koncentracyjny w Oswiecimiu, z ta roznica, ze zamiast drewnianych barakow, murowane bloki.
Po godzinie wedrowki Agnieszka z sukcesem zatrzymuje samochod, jadacy w strone New Forest, niedaleko Poole. I znowu szczescie sie do nas usmiecha.
Kilka godzin pozniej rozpakowujemy plecaki, zmeczeni, ale zadowoleni… Byc moze kiedys nastapi ciag dalszy wyprawy wzdluz Jurrasic Coastal Path… Kto wie…
