1. Moje pierwsze słowo- b a b a Pierwsze skojarzenie. Pierwsza myśl. I pierwsza ojczyzna, kształtowana w umyśle małego dziecka opowieściami o miejscu, prawie idyllicznym, położonym gdzieś na skraju Polski, prawym skraju, niczym wyrostek robaczkowy w ciele człowieka.
„Baba” urasta dziś do rangi symbolu. To ona konstruowała moje wyobrażenie o świecie- sterroryzowanym przez Polaków złoczyńców, wyobrażenie napiętnowane nienawiścią, poczuciem krzywdy, chęcią zemsty. W głębi świadomość wykorzenienia.
„Baba” zastępowała matkę, gdy ta ostatnia podróżowała od szpitala do szpitala, szukając ratunku dla swojego osłabionego chorobą organizmu.
„Baba” nauczyła mnie pierwszych słów- były melodyjne i proste, więc łatwe do przyswojenia. „Lach, mołoko, korova” budowały świat znaczeń, semantykę życia.
Moja ojczyzna dojrzewała w kołysce.
„Baba” często płakała. Dziwiłem się. Łzy spływały jej po policzkach, płynęły wzdłuż chropowatej powierzchni jej ciała. Czasem zatrzymywały się na stole. Lubiłem rozmazywać te łzy na przezroczystej ceracie. Często miałem rączki mokre od łez „baby”. Po chwili wysychały, stawały się częścią mnie (a może to ja stawałem się ich częścią?), przenikały skórę, docierały do krwi…
Czasem płynęła opowieść. Kuchnia wypełniona była od ściany do ściany jedną wielką opowieścią. I niejednokrotnie czułem, że duszę się, że nie ma dla mnie miejsca wśród tych opowieści. Byłem jednak zbyt mały, aby się od nich uwolnić.
Zatykały usta historie o wiosennej przeprawie przez San, z koszykiem pełnym świeżego sera i mleka, na targ do Przemyśla. Zamykały usta wspomnienia ze ślubu Kseni i młodszego od niej, bagatelka, lat dwanaście Sławka. Zamykał usta rozkaz opuszczenia rodzinnego domu w ciągu niespełna dwóch godzin. Zamykał oczy widok wszechobecnej równiny- dywan z zielonych traw i czerwonych maków.
Później odkryłem, że „baba” mówi o swojej ojczyźnie, swojej wiosce, swoim domu, z którego brutalnie została wygnana. Cząstkę tej ojczyzny, tej wioski, tego domu, chciała podarować małemu chłopcu, który szukał punktu odniesienia, jakiegoś brzegu i czyichś rąk wyciągniętych na tym brzegu.
Chłopiec się zagapił, nie dostrzegł rąk, utonął.
W wodzie kąpało się słońce.
Piotruś Cymbałko otworzył drzwi kapliczki. Chrystus frasobliwy spogląda na mnie z krzyża. Odwracam głowę. Piotruś Cymbałko wyjmuje dyplomy- rozkłada na stole, gładzi papier- zdobył je już jako wzorowy gospodarz.
Jako wzorowy Ukrainiec posłał dwie swoje córki do liceum ukraińskiego w Przemyślu.
Ela, starsza córka, będzie moim przewodnikiem po Pozdziaczy.
Miejscowość ma dwie tożsamości. Dwie nazwy. Drugą, Leszno, nadała władza komunistycznej Polski w roku 1983. Pierwszą nadała historia. Do dziś nie może jej odzyskać.
Zimą 1996 roku starsza córka Piotrusia Cymbałko oprowadza mnie po wsi. Grzęźniemy w śniegu po kolana. Szukamy babcinej chaty.
Na próżno.
Na jej miejscu stanął murowany, piętrowy dom górala z Sądecczyzny.
Nie płaczę.
Nie zachwycam się. Po prostu odchodzę. Tak jak odchodziłem z tysiąca miejsc, które stopy zdołały poczuć, jęcząc z bólu.
Napiszę później artykuł o góralu z Sądecczyzny, którego ciągnęło do równin.
„Baba” spojrzy na mnie wymownie, a ja się zawstydzę.
2. Lekcja patriotyzmu.
Wyśpiewałem ukraiński hymn na piątkę z plusem. Tajemnica tkwiła w odpowiednim zaakcentowaniu słowa „Ukraina”, tak, by brzmiało ono donośnie i z gracją. To była moja ostatnia ukraińska piątka z plusem. Szewczenkę recytowałem na czwórkę, Kotlarewskiego na trójkę, Tyczynę zapomniałem po pierwszej strofie i tak już zostało.
W audycji radiowej na pytanie: kim się czuję?- odpowiedziałem: Europejczykiem. I w tym momencie posypały się w moją stronę wnioski o degradację. Nigdy więcej nie wystąpiłem już w radiu.
W tornistrze nosiłem jeden zeszyt w linię- mieścił dwie czcionki, ukraińską i polską, ale o tym ani polonistka, ani ukrainistka nie dowiedziała się nigdy.
Gdy chciałem dołączyć do kolekcji dodatkowe, rosyjskie znaki- nie wyszło- zeszyt nie w porę zupełnie pękł na dwie połowy- posypały się na ziemię krymskie sonety, czereszni, zapovit, satyra na leniwych chłopów.
I Polacy i Ukraińcy nie lubili Rosjan.
Ukraina od zawsze gościła w moim domu. Ojciec woził na nim mleko do punktu skupu. Zwykły rower, na którym jeździłem „pod ramą”, zawiózł mnie na Ukrainę stepu, Ukrainę czarnoziemu, Ukrainę niepodległą.
Mam ją wyrytą w pamięci. Tkwi w niej nieprzerwanie do dnia dzisiejszego. Przez kilkanaście lat próbowano mi w Polsce uświadomić, że jestem Ukraińcem z krwi i kości, że mam czarne podniebienie, że potrafię zabijać równie dobrze, jak pić wódkę.
Na Ukrainie, w jednej sekundzie tylko, uświadomiono mi, że jestem Polakiem, parszywym Lachem, który tępił Ukraińców, nakładał podatki i wykorzystywał. Uświadomiono mi, że mam więcej pieniędzy, niż niejeden Ukrainiec, ze nie jestem swój, że z cudzego łoża.
Odrzucenie boli. Niektórzy próbują sobie jakoś radzić. Przesuwają granice, budują Ukrainę w sercu w skali mikro, wkomponowują w tożsamość kolejną maskę nieistnienia.
Mam wyszywaną koszulę. Wzór kijowski. Mam kolekcję kaset: The Ukrainians, Płacz Jeremiji, Mandry… Ogromną bibliotekę literatury , w której znalazło się miejsce dla Kostomarowa, Ukrainki, Pawłyczki, Antonycza, Andruchowycza… Mam kilkadziesiąt artykułów własnych, zadrukowanych cyrylicą i kilkanaście cyrylicą wierszy napisanych. Mam ikonkę z przemytu, kupioną na targu niedaleko Opery we Lwowie. Mam mapę na ścianie ze skrawkiem Europy, a na tym skrawku Kijów, Łuck, Równe, Żytomierz, rzekę Dniestr i Dniepr, Morze Czarne. Mam tryzub w klapie marynarki, którą noszę od większego święta, bo nie przystoi nosić jej od święta małego. Mam indeks, na pierwszej stronie adnotacja: filologia ukraińska. Mam Percivkę na czarną godzinę i czekoladę Svitocz na godzinę jasną.
Mam wrażenie, że gdy umrę, zapomną mi postawić krzyż. Zapomną jak się nazywam. Bo nazwisko- węgierskie.
Przed Sądem Ostatecznym będę się smażył w piekle i po Sądzie Ostatecznym.
Wypomną mi, że nie ożeniłem się z Ukrainką z warkoczem do pasa, czarnym jak smoła.
Wypomną chwile, kiedy zapominałem języka w gębie i zamiast skutecznie ukrainizować, skutecznie polonizowałem.
Wypomną wylany do doniczki ohydny barszcz ukraiński w warszawskim Barze Familijnym. Wypomną ruskie pierogi, z których wyszły kluski.
Wypomną wszystkie ucieczki-wycieczki, gdy mowa ojczysta była zagrożeniem na miarę negatywnej oceny.
Wypomną, że czytywałem Schulza, Babla, Stryjkowskiego zapominając o Draczu, Rylskim i Ołesiu.
Lekcja pokory.
Mesjanizm wylansowany. Tożsamość wyryta na czole. Gdzieś w Ukraińcu, Polaku, Niemcu, Słowaku, Argentyńczyku płacze Człowiek…Nie zapominaj o mnie- prosi.
Człowiek rozpływa się w krwi. Krew zalewa Ukraińca, Polaka, Niemca, Słowaka, Argentyńczyka…
W kałuży krwi taplają się świnie.
Lekcja prawdy.
Siedzę przy stole i myślę. Myślę, siedząc przy stole. Pochylam się nad kartką. Opieram wzrok na literze. Kawa stygnie. Obok notatki- wypiski ze Stachury- ech cudne manowce! Moskowiada Andruchovycza zalana mlekiem. Gwiazda za oknem, mrugająca jakaś, jakby jej coś wpadło do oka. Kiszki marsza grają- nie jadłem nic od południa. Rozbity kubek, tony papieru.
Rem tene, verba sequentur. Różaniec, który nie służy do modlitwy. Zegarek, który nie odmierza czasu.
Lekcja wychowawcza.
HIV to nie choroba. AIDS to choroba.
3. Kiedy byłem pijany, wymyśliłem niemalże na poczekaniu, hymn Ukraińców w Polsce.
Jeszcze Polska nie zginęła,
ale zginąć musi!
Ukrainiec Polakowi
zęby wybić musi!
Zdziwiłem się, gdy kilka lat później usłyszałem ten sam tekst z ust swojego znajomego. Przysięgał, że to on jest jego autorem.
Spotkanie z Polską. Wrześniowe. Rumiane. Pierwszy dzień w przedszkolu.
Na zewnątrz biało- czerwone flagi. Rocznica drugiej wojny światowej. „I pamiętajcie dzieci, ta wojna się nie powtórzy!”
Jaka wojna? Ojciec w polu, ziemię orze, a tu wojna ! Wyrywam się, uciekam, do ojca, na pole… Tato! Wojna! Wojna! Próbuje mnie zatrzymać jedna z nauczycielek- a ja ją w pysk! Próbuje mnie zatrzymać rumowy cukierek w jej rękach, a ja ją w pysk po raz drugi.
Kierownik szkoły śmieje się. „Już my z niego zrobimy porządnego Polaka!” Sam Białorusin. Ale ciii…
Uczę się prawidłowych odpowiedzi na pytania: Kto Ty jesteś? Jaki znak Twój? Gdzie twa ziemia?
Nie jestem jednak pojętnym uczniem. Bez przerwy coś przekręcam, dopowiadam, zmyślam.
W szkole uczę się życia. Już nie jestem sam. Obok mnie dziwnie do mnie podobni ludzie.
Zbliżam się do nich, a oni… uciekają. Niektórzy rzucają wyzwiska, inni kamienie. Nic nie rozumiem. Za to rośnie pancerz. By mniej bolało.
Jestem najlepszym uczniem w szkole. Z polskiego piszę wypracowania na piątkę. Pożyczam notatki. Pomagam w ortografii słabszym kolegom.
Kamienie stają się cięższe, rozbijają pancerz. Ranią mnie. Moje ciało zbudowane z jednej wielkiej rany. Matka płacze. Taki już Twój los- mówi przełykając z trudem słowa- jesteś UKRAIŃCEM…
Ukrainiec od tej pory kojarzy mi się z jednym- wyalienowaniem, samotnością, bólem, brakiem akceptacji…
Drugie spotkanie z Polską.
Propozycja wyjazdu w góry. Bieszczady. Egzotyczna nazwa. Pakuję plecak i ruszam ku nowemu. Pociągiem. W przedziale obok długowłosy chłopak gra na gitarze przeboje Starego Dobrego Małżeństwa. W Radomiu siada obok mnie dziewczyna. Przedstawia się. Jest prawosławna. Ma może 15 lat. Jedzie do Morochowa na obóz organizowany przez Bractwo Młodzieży Prawosławnej. W Zagórzu, nieopodal dworca, grupa Ukraińców handluje majtkami. Rumun próbuje wyżebrać parę groszy, Cygan wywróżyć szczęśliwe życie. Niemiec chce nabyć plan Bieszczadów, ale nie za bardzo potrafi dogadać się ze sprzedawczynią w kiosku. Amerykanin miał wysiąść w Sanoku, ale się zagapił i wysiadł w Zagórzu. Teraz spóźni się na spotkanie z dyrektorem sanockiego AUTOSANU i nie podpisze umowy o wejściu w posiadanie jednej czwartej udziałów firmy.
W Komańczy spotykam Rumunkę, która ślicznie mówi po ukraińsku, w odległym o kilkadziesiąt kilometrów Przemyślu, Ukraińca, którego ojciec jest Nigeryjczykiem.
Trzecie spotkanie z Polską.
Grodno. Stare Polki płaczą na mój widok.
Wilno. Stare Polki płaczą na mój widok.
Drohobycz. Stare Polki płaczą na mój widok.
W opłakanym stanie wracam do swojego skrawka przestrzeni.
Po polsku piszę wiersze, płacę polskimi pieniędzmi za chleb jak zwykle odgrzewany. Polskie Radio informuje: kraj jest w olbrzymim kryzysie. Minister Belka zapowiada zaciskanie pasa. Nie pierwszej świeżości.
Otrzymuję odroczenie z zasadniczej służby wojskowej.
Studiuję historię polskiej socjologii.
Przeglądam album z fotografiami „Polska”.
Dostaję po gębie, ponieważ kibicuję „Widzewowi Łódź”.
Alma Mater Polonia- chce zaśpiewać, ale flegma blokuje mi struny głosowe.
4. Gdy mówię o Górze Napoleona, Herkusie Monte, Eichhorn, gdy mówię o Heinrichu de Muro, Albercie Fischerze, Czesławie Dzirbie, gdy wspominam Teofila Szczerbę, Juliana Gbura, to wiem i kim mówię. I o czym mówię.
Ziemia mojego dzieciństwa narodziła wiele osób. Natangia ich wszystkich przygarnęła. Natangia przygarnęła i mnie, wyznaczając moje miejsce na Ziemi.
Góra Napoleona znajduje się przy drodze z Górowa Iławeckiego do Olsztyna, nazwana tak na pamiątkę pobytu Napoleona w Górowie w dnach 17-18 lutego 1807 roku, po wycofaniu Francuzów spod Pruskiej Iławki (obecnie Bagratianowsk).
Herkus Monte, Natangijczyk, wychowanek rycerza Hirzhalsa z Magdeburga, był przywódcą powstania zjednoczonych plemion pruskich przeciwko Wielkiemu Zakonowi Krzyżackiemu. Dowiedziałem się o tym walecznym, pruskim rycerzu, z ust. Jerzego Necio, historyka, fascynującego się Prusami.
Eichhorn, dziś Wiewiórki, mają prawie sześćset lat. Dwadzieścia lat niespełna, pozwalały mi korzystać ze swojej przychylności i gościnności. To tu biegałem nago po łące, tu przeżywałem przeżywałem pierwsze miłości, tu zrzuciłem kota z wysokości drugiego piętra, sprawdzając, czy przeżyje (przeżył). Tu o mały włos nie spaliłem stodoły od pierwszego papierosa, którego tu nie zdążyłem wypalić do końca. Eichhorn to cudowne miejsce. Szczególnie dla wspomnień.
Heinrich de Muro nadał prawa miastu Landsberg, które dziś nosi nazwę Górowo. I rzeczywiście jego najstarsza część leży na wzniesieniu, więc nazwa chyba trafna.
Abert Fisher był jego mieszkańcem. Kronikarzem dziejów lokalnej społeczności. Pierwsza monografia: „Historia miasta Landsberg w okresie 600 lat” to zasługa jego pióra. Wydana została w 1935 roku.
Drugim kronikarzem, a przynajmniej kontynuatorem pracy Fischera, był Czesław Dzirba, nauczyciel historii w Liceum Ogólnokształcącym w Górowie Iławeckim.
Z Teofilem Szczerbą kojarzy mi się wszystko co ukraińskie. Teofil był osobą, która po przesiedleniu Ukraińców na ziemie zachodnie i północne Polski, organizowała ukraińskie życie kulturalne i społeczne. Pomagał mu w tym modlitwą i pracą na rzecz Kościoła Greckokatolickiego Julian Gbur, obecnie biskup Stryja na Ukrainie.
Moda na małe ojczyzny rozpoczęła się w latach dziewięćdziesiątych.
W moim sercu ta mała ojczyzna, o ziemi niezbyt urodzajnej, o wysokim bezrobociu, o małej perspektywie na przyszłość, bo wszyscy uciekają do miast wielkich, albo za granicę, zawsze pozostanie krainą, która odcisnęła olbrzymie piętno na moją historię.
„Wszędzie dobrze lecz w domu najlepiej.”
Tylko gdzie znajduje się ten dom? Gdzie go szukać?
Cztery ojczyzny i jedna niewiadoma.
5. Kawiarnia „Pod Aniołem” w Toruniu. Rozmawiam z Ulrike o jej Niemczech. Mówi z ochotą. Mają tam sporo marketów, klubów młodzieżowych. Można poszaleć. Pieniędzy też zarabia się tam dużo, więc jest za co.
Pytam o drugą wojnę światową. Ulrike się czerwieni. Chce uciec od tematu. W końcu prawie cedzi przez zęby, że młodzi Niemcy wcale nie są winni tej strasznej wojny.
Pytam o przesiedlenia Niemców z byłych Prus Wschodnich.
Pytam, czy chciałaby zamieszkać w Polsce. Odpowiada, że tak, na wakacje z ochotą mogłaby przyjechać, ale żyć to ona może tylko w swoim kraju. Tam, gdzie się urodziła. Tam, gdzie ma zapewnioną przyszłość. Pracę. Perspektywy. Szczęście.
Pytam Ulrike, czy jest coś, co ją ostatnio wzruszyło.
„To, że Polacy są dla niej tak bardzo mili i przyjaźnie nastawieni”.
Mówię o swojej ojczyźnie. A właściwie o kilku o kilku ojczyznach, które we mnie głęboko zagnieździły się. Mówię o Polsce, Ukrainie, Ziemi Przemyskiej, Natangii. Patrzy na mnie badawczo. Pewnie myśli, że jestem nienormalny.
Lecz ona po chwili zwraca się do mnie z gratulacjami.
„Z Ciebie prawdziwy Europejczyk!”
Przypomina mi się audycja radiowa, w której brałem udział. Wiem, że nie bałbym się powtórzyć po raz drugi tego, co wtedy powiedziałem.
Rośnie we mnie Europa. Europa Ojczyzn.
