Wracam do siebie. Tak nazywam kawałek przestrzeni między Krynicą a Krościenkiem; wracam do domu.
Świadomość przynależności do duchowych ojczyzn leczy poczucie wykorzenienia. Nie pozwala na śmierć tożsamości, rozpiętej na kilku niedorozwiniętych punktach, spinających moją kruchą osobowość w ładzie i składzie, jak pajęczyna. Karpaty, obok rodzinnej Warmii, są dziś miejscem duchowych powrotów. Najważniejszym przystankiem w podróży, żywą przystanią w drodze do śmierci.
W pociągu czytam Kapuścińskiego; po raz kolejny zanurzam się w lekturze tej samej książki, za każdym razem odkrywając nowe znaczenia słów i myśli. Zmieniają się konteksty, wiedza, emocje, stan psychiczny i fizyczny; odczytuję Kapuścińskiego w zależności od obecnego stanu posiadania, bagażu przeżyć i doświadczeń.
Właściwie to nie mam sobie niczego do zarzucenia; nie potrzebuję rachunku sumienia, nie tym razem. Tym razem mam wszystko co potrzebuję. Jadę w Beskid Niski, do domu, na skraj świata.
W pociągu konduktorzy zmieniają się co kilkadziesiąt kilometrów, każdy ma swój genialny porządek, swoją metodę na pasażera, swój wyraz twarzy. Z drugiej strony co kilkadziesiąt kilometrów zmieniają się też pasażerowie, przyporządkowani do określonych stanowisk, klas i miejsc.
W Krakowie zatrzymuję się na obwarzanka, kilka godzin spacerując po galerii handlowej od niechcenia zaglądając na półki pełne towarów nie przeznaczonych dla mnie. W Rzeszowie konduktor każe mi się wynosić, wyrywając mnie z głębokiego snu.
Przez kilka godzin spaceruję między budynkami dworca kolejowego i autobusowego, za ostatnie drobne kupuję małą parówkę w bułce, na stacji kierowca taksówki zdradza mi sekret- drugi guzik od dołu w automacie z gorącymi napojami serwuje kawę za pół ceny.
Cieszę się, że nie zginę- prędzej zapiję się na śmierć.
