Zanim zjadłem pajdę pszennego chleba pomyślałem o Człowieku, który go upiekł. Potem, nakładając porcję masła, pomyślałem o Człowieku, który je wyrobił. W końcu smarując kromkę miodem, pomyślałem o Człowieku, który go zebrał.
W jednym kęsie pszennego chleba z masłem i miodem uzbierało się treści po brzegi ust.
Przez kilka godzin znosiłem martwe gałęzie przeczesując pobliski las. Od czasu do czasu potykałem się o kretowiska, tracąc grunt pod nogami i siłę w rękach. Śnieg topił się od złości, tracąc pod śladami swoją moc.
Potem zbierałem martwe, suche szyszki na podpałkę, przy okazji robiąc statystykę drzewa, rozkładając go na czynniki pierwsze i ostatnie.
Po południu wyszedłem do ludzi.
Dzieci z miejscowej szkoły kłaniały się, jakby mnie znały od lat. Psy przyjaźniły się od pierwszego merdnięcia ogonem, miejscowi browarnicy ściskali dłoń od dzień dobry. Łatałem dziury pamięci sekunda po sekundzie, chwila po chwili.
Wieczorem wróciłem od ludzi. Z kiełbasą podwawelską podsuszaną, butelką mleka i woreczkiem kaszy gryczanej na surowo. Straciłem panowanie nad czasem, zasypiając po trzeciej kawie.
Obudził mnie mroźny oddech nocy. W pośpiechu rozpalałem w kominku, w międzyczasie obserwując niebo. Mały i duży mleczny wóz, rój meteorów i pogryziony księżyc zerkał na mnie spod nieboskłonu, ziewając stadem nielicznych chmur.
W domu znalazłem fragment koca, zaatakowanego przez myszy- wyglądał niczym Adamski ser, ale nadawał się jeszcze do swojej roli- opatuliłem nim stopy i fragment łydek. Ogrzewałem oddech płomieniem świecy starając się wygonić chłód. Ospały ogień próbował połykać łapczywie drzewo, które stanęło mu ością w gardle; w rezultacie zakrztuszony płomień zgasł, żarząc się ze wstydu.
Długo nie mogłem zasnąć. Nie potrafiłem też w żaden sposób uwolnić ognia z żaru. W końcu dałem za wygraną, pocieszając się, że jutro będę miał kolejną szansę.
Przejrzałem czterdzieści numerów archiwalnych Gazety Wyborczej bezskutecznie szukając klejnotów.
