Pobudka o szostej rano. Na ulicach Vasisht niewiele osob; w publicznej lazni tlok. Mezczyzni myja się, gola, robia pranie. Nieudana inicjacja- rezygnuje z kapieli w towarzystwie miejscowych i przybyszow. Woda nie wyglada na najczystsza, do tego ma nieprzyjemny zapach. Agnieszka jest odwazniejsza. Potrafi przełamać się, podzielic się przestrzenia z inymi kobietami.
Na sniadanie kilka sztuk ziemniaczanych naleśników i mietowa herbata. Sycacy posilek. Zaopatruje się w kartki pocztowe z postanowieniem, ze najpóźniej jutro opuszcza Indie. Taki pomost miedzy tutaj i tam.
Samotna wedrowka do Starego Manali. Ostrozna, pelna jaszczurek po drodze, owiec i krow. Ostry kontrast pomiedzy nowa a stara czescia miasteczka. Nowe Manali, pelne hoteli, restauracji, ulicznego tlumu, samochodow, riksz i motocykli i stare Manali- ograniczone do szumu wody, odgłosu krow i owiec, powolne, spokojne, ciche. I przede wszystkim- piekne. Stare domy, pokryte luskami kamieni, z rzeźbionymi fasadami. Stare kobiety w tradycyjnych strojach w tradycyjny sposób koszacy trawe- specjalnie kutym sierpem. Starzy mężczyźni w tradycyjnych haftowanych czapkach i mlodzi chłopcy noszacy trawe w koszach plecionych z trzciny.
Tutejsze dzieci, pelne wyobrazni, bawia się kamieniami znalezionymi na drodze. Wyobrazaja sobie samoloty, samochody, lalki. Rozmawiaja z kamieniami, obracaja nimi na wszystkie strony, przykładają do twarzy, maja radoche jak nikt.
Z niemałym trudem ide pod gore, zdaje sobie sprawe, ze moja kondycja nie jest już taka dobra jak kiedys. Mijam ostatnie zabudowania starego Manali. Po kamieniach i skalach pne się coraz wyzej i wyzej. Oszalamiajace widoki motywuja do dalszej wędrówki. Kilka strumieni do przekroczenia wplaw. Niewielu turystow po drodze. Po godzinnym marszu, niespodziewanie, wylania się zielona polana. Stad ośnieżone szczyty Himalajow na wyciagniecie reki. Postoj. Raj dla oczu. Dla nog. Dla serca.
W drodze powrotnej kolejne szczyty, kilka świątyń po drodze, setki fotografii na pamiątkę. Obiad. Lyk zimnej wody.
Po poludniu pranie. Kapiel w miejscowych goracych źródłach. W lazni żywego ducha. Samotna, spozniona inicjacja. Na jednym z kamieni opodal ktos napisal- ‘możesz zapomniec Vashisht ale nie kapiel w jego goracych zrodlach’. Nie zapomne.
Chlodny wieczor. Ksiezyc dzis wyjatkowo zimny.
