Nie golę się od tygodnia. Codziennie obserwuję jak milimetr po milimetrze na mojej twarzy utrwala się czas. Rozmazuję codzienność na koniuszkach włosów. Lustro pęka ze śmiechu.
Dlugi spacer wzdłuż własnej osi. Zbieram resztki topniejącego śniegu. Reanimuję porę roku. Jutro obudzę się rano i znów będzie jesień.
Odzyskuję wiatr w płucach. Przez kilka tygodni dyszałem resztkami sił. Wolność jest jednak piękna.
Obserwuję tłum ludzi sunących do lokalnego supermarketu. Spiesza się, wymachują smiesznie rękami, krzyczą, rozmazują się- w tle. Bezdomny zyczy mi wesolych swiat za niewielka oplata.
Góry pukają do drzwi. Codziennie budzę sie z myślą, źe to właśnie teraz, właśnie tu i stad w gory czas zacząć kolejną wędrówkę. taka podniebną i błękitną- jak kiedyś.
Wracam do pisania w cierpieniach obolałych słów. Osiemnaście lat temu szło mi tak lekko jak nigdy.
Wczoraj skończyłem lekturę notatek M.K. Zakatarzyłem się od podobieństwa myśli. Swiaty równoległe.
Trzecia kawa na dobry wieczór, gorący prysznic. Dziewczyna na moście Tomczaka, liryczne dobranoc.
