Paradoks codziennosci. Siadasz za biurkiem znuzony, przegladasz setki niepotrzebnych papierow, robisz notatki niewiadomopoco, obgryzasz paznokcie, tarmosisz slowa za uszy, slysza juz wiecej niz myslisz. Mam na mysli wszystkie wiersze, opowiadania, miniatury, szkice, zdaje sobie sprawe ze nie zaistnialyby, gdyby nie snop swiatla, ktory przeniknal do serca jak krew. Caly dzien przy obrobce szkla- wycinanie, polerowanie, lutowanie czesci metalicznych, uginanie sie pod ciezarem bolacych plecow, karku i rak. Obiad smakuje bardziej po godzinnej koncentracji na stojaco.
Deszcz tu i owdzie. Tu i owdzie chlod. Cisnienie niskie. Wiatr umiarkowany w przeciwnym kierunku. [Anne ma w sobie dusze na glebokosc dna]
