Co kilka dni zamawiam angielskie sniadanie w jednej z angielskich restauracji, wypijam kilka filizanek cappucino po przystepnej cenie, przysluchuje sie konwersacjom nieznajomych, rysuje symbole na rogu serwetki, tesknie za czyms lub za kims, marze o czyms lub o kims. Czasem placze. Niby ze cos wpadlo do oka ide do toalety zmyc swoja slabosc.
Matka mawiala- synu nikt nie zna czasu ani godziny, nikt nie wie gdzie go wiatr zawieje. Matka mawiala- a nuz synu, kiedys bedzie lepiej- kiedy na sniadanie zamiast angielskiej parowki i jajka byl chleb z cukrem i woda, a zamiast cappucino kawa zbozowa albo kawa Inka.
Co kilka dni na placu przed Katedra w Bristolu wyciagam przenosny komputer, lacze sie ze znajomymi w Ameryce i Australii, we Francji i na Malcie. Smieje sie do mikrofonu a ludzie wokol mysla, ze smieje sie do samego siebie- szalony. Lecz czasem placze. Niby, ze cos wpadlo mi do oka ide do toalety w pobliskiej bibliotece miejskiej zmyc swoja slabosc.
Matka mawiala- synu, telefon teraz taki drogi, moze za dwa trzy lata zalozymy linie. Matka mowila- a nuz synu, kiedys bedzie lepiej- kiedy zamiast telefonu komorkowego i laptopa byl dwugodzinny marsz przez zaspy sniegu do przyjaciela.
Co kilka dni odwiedzam markowe sklepy w poszukiwaniu nowej koszuli czy marynarki, przymierzam, marudze, marudze, przymierzam- a to nie taki kolor a to nie taki kroj a to nie taki material. Spedzam godziny na przypatrywaniu sie sobie w lustrze, robie minki, ustawiam sie na bacznosc, spocznij i odpocznij. Czasem jednak dostrzegam w zwierciadle lzy na wlasnej twarzy. Niby, ze cos wpadlo mi do oka ide do toalety w centrum handlowym zmyc swoja slabosc.
Matka mawiala- synu ciotka Ci przyniosla sweter po Michasiu, chlopak wyrosl, a na tobie lezy dobrze lezy. Matka mowila- a nuz synu, kiedys bedzie lepiej- kiedy zamiast markowego garnituru byl stary znoszony rozpinany sweter po siostrzencu.
Czasy sie zmieniaja. Przeszlosc zostaje.
