.przejasnialo sie. konczylo sie nocne popoludnie. wstawal nowy dzien. sie nie pamietalo, jak dlugo sie szlo i ktoredy sie szlo (pewnie gora przez arboretum)do miejsca gdzie sie teraz stalo: za miastem, nad rzeka Huron, opierajac sie o pien nadbrzeznego drzewa, palac papierosa, nie myslac juz o niczym, nasluchujac pantareicznego plusku wody.*
.mowia, ze wszystko zaczelo sie od przydroznego kamienia. kamien mial ksztalt scietego stozka, wazyl niewiele. ktoregos dnia wyrosl mu przed stopami, wybuchl jak gejzer raniac mezczyzne kantem ciala. mezczyzna upadl na wznak. piasek zatkal mu usta. kaluza zachlysnela oczy. mowia, ze wlasnie wtedy wstapil w niego Szatan.
.mezczyzna mieszkal na skraju lasu. hodowal drob, mial maly ogrodek. nigd nie widzial oprocz niego zywego ducha. martwe duchy omijaly to miejsce z daleka.
.mezczyzna mial sen. w snie pojawil mu sie aniol i szepnal do ucha pare slow. mezczyzna wstal, skierowal sie w strone lasu, zniknal tam na jakis czas i pojawil sie wlokac za soba mloda brzoze. codziennie budowal z niej cos na ksztalt drabiny do nieba. im wiecej budowal tym dalsza byla droga do niebios.
.po kilku latach udalo mu sie jednak zbudowac drabine odpowiednio wysoka. oparl koniec o chmury i zaczal powoli wchodzic po mocnych szczeblach. meczyl sie i sapal, ale usmiechal sie. w koncu wspinal sie prosto do nieba. slonce razilo go w oczy.
.przy ostatnim szczeblu zawahal sie. podwinal rekawy koszuli. zmarszczyl czolo. przed nim byly drzwi. zdecydowal sie je jednak otworzyc. gdy otworzyl jedne, zaraz pojawily sie nastepne.
.w koncu otworzyl ostatnia furte do nieba. zdziwil sie gdy zobaczyl nicosc. pusta przestrzen wciagnela go wglab i udusila.
.nikt nie widzial wiecej mezczyzny. drabina rozsypala sie. niebo zachmurzylo sie. wiatr przybral na sile.
*Stachura E., Opowiadania, Czytelnik, Warszawa 1982, s.310
