[Mialem sen. Inny niz zwykle. Mezczyzna w wieku okolo czterdziestu lat uciekal od kogos, kto go scigal. Rzecz miala miejsce nieopodal stacji benzynowej. Zdesperowany mezczyzna widzac, ze scigajacy (nie widzialem twarzy) go dogania, chwycil wozek z benzyna i pchnal w strone zaparkowanego nieopodal samochodu. Samochod zaczal plonac. W srodku znajdowalom sie okolo czterech osob, dwoje dzieci. Widzialem jak dzieci plona, nie wydawaly z siebie zadnego dzwieku, nie probowaly uciekac, marszczylu tylko czola, prawdopodobnie z cisnienia w samochodzie, widzialem jak kawalek po kawalku ich twarzy zmienia sie w zar. Mezczyzna otworzyl drzwi samochodu, by je zamknac od srodka. Widzialem jak mezczyzna plonal. Nie krzyczal z bolu. Usmiechal sie. To bylo najdziwniejsze. Samochod nalezal do jego rodziny. W samochodzie znajdowaly sie jego dzieci i zona. Chwile pozniej samochod eksplodowal. Obudzilem sie. Nie ogladalem zadnych filmow akcji ani dzien wczesniej ani tydzien wczesniej. Filmow akcji nie lubie, wiec nie ogladam. Nie widzialem podobnego obrazka w Rzeczywistosci. Stad pietno snu, ktore przylgnelo do mojej pamieci jak rzep.]
R.G. kazdego dnia udowadnia mi, ze telefon komorkowy jest dla niego tak samo wazny jak narzeczona, matka, Bog. Nie moze sie go pozbyc, bo nie pozbywa sie Milosci.
A I.S. w dzienniku o figurze zgrabnej czyli proba usprawiedliwienia, wyjasnienia, zdementowania poglosek, ktore i tak zyja wlasnym zyciem, wlasna historia. Postanowilem wiec, ze nie bede czytal do konca. Chyba jedyny bardzo banalny tekst w kilkumiesiecznej historii dziennika.
Zachmurzenie duze. Dziesiec stopni w skali Celsjusza. Imieniny Weroniki. Wszystkiego dobrego. [mam wrazenie ze kopiuje Krystyne Jande, ale naprawde tak mi sie pomyslalo]
