Szczatki snu splywaja po zmeczonych powiekach. Smierc, klotnia, jakies niewyrazne postaci, znane i nieznane. Jakas pretensja do swiata i do siebie. Jakas mgla miedzy ujeciami sennego marzenia.
Boje sie wlasnych snow. Sa jak zmije, oplataja szyje, zniechecaja, kasaja, niszcza. Nie pamietam Nieba w swoich snach. Tylko pieklo. Jakies ciagle nawiedzajace mnie leki, jakas wizja katastrofy i rozpadu.
Budze sie zawsze zmeczony. Nie potrafie pozbierac mysli. Rozplywaja sie pod ciezarem wrazen.
Sny swiadcza o naszym zyciu. Wiec i ja swiadcze o swoich snach.
Jest we mnie burza bolu.
