Dzisiejszej nocy temperatura spadla poniżej zera. Pojawily się obiawy przeziębienia. Goraca herbata, pozywna owsianka i warzywna parantha na sniadanie. Dawka witamin na katar i bol gardla.
Miesiac temu przekroczyliśmy granice nepalsko- indyjska. Przez te cztery tygodnie w drodze zbliżyliśmy się do Indii, zrozumieliśmy ten olbrzymi kraj, chociaż troszke poznaliśmy jego mieszkańców, zadomowiliśmy się. Przelamalismy bariere strachu, nabraliśmy zaufania do otaczającego nas swiata, nakarmiliśmy się wiedza nie tyle ksiazkowa, ile czerpana z realnego doświadczenia bycia tu i teraz. Przed nami kolejny miesiąc indyjskiej wędrówki. Zupelnie niezgodnej z pierwotnym planem. Ukladanej zbiegiem okoliczności i potrzeba chwili. Tak lepiej. Piekniej. Prawdziwiej.
Po wczorajszej wyprawie do Manali dzis dzien odpoczynku. Patrzenia w niebo i chmury. Rozmarzonych mysli. Rozkoszy podniebienia i oczu. Z werandy naszego hotelu mamy wspanialy widok na okolice. Nie wychodząc z domu podgladamy codzienność. Stare Tybetanki w dlugich spódnicach i kolorowych chustach susza trawe na dachach domow, pasterze wyprowadzaja bydlo na laki. Turysci robia zdjęcia wszystkiemu co się rusza i stoi w miejscu. Dwie Koreanki ćwiczą joge na werandzie sąsiedniego pensjonatu. W tle słychać rosyjska mowe, starzy turyści z Moskwy odwiedzaja Manali po latach. Riksze jezdza w te i we w te. Dzieci graja w pilke plastikowa butelka po wodzie mineralnej, mlodzi ludzie myja się w miejscowych goracych źródłach, sasiedzi rozmawiaja glosno przez przez telefon, bezdomne psy lasza się do ludzi.
Popoludniowy spacer wzdłuż wsi, muf fin na deser. Miejscowi sklepikarze i właściciele restauracji kłaniają się nam z daleka. Slonce wysoko na horyzoncie. Prawie trzydzieści stopni Celsjusza. Cisnienie niskie. Widocznosc idealna.
