Pyszna owsianka bananowa na sniadanie. Krotki spacer po Vashisht, potem dłuższy do Manali. Wedrowka przez osiedle tybetańskie, zdjęcia po drodze, dzieciaki balansujące na linie, konie u wodopoju, riksze na poboczu, ciężarówki na ulicy, gory przed i za, niebo ponad, ziemia pod. Stare Tybetanki dźwigają na plecach trawe dla bydla, mlodzi hinduscy turyści robia zdjęcia szczytom Himalajow.
Zwiedzamy swiatynie Manali,podoba nam się szczególnie jedna z nich, polozona wśród cedrow Hidimba Devi Temple, pieknie rzezbiona, czteropietrowa, zawsze pelna odwiedzających ja turystow i miejscowych. Spacerujemy wzdłuż kramow z pamiątkami, odzieza i jedzeniem. Mijamy sprzedawcow szafranu i dilerow narkotykow. Zagladamy do miejscowego muzeum i lokalnej szkoly. Dzieciaki ciesza się na nasz widok, praktykuja swój angielski odwazna platanina slow. Potem dwa kilometry pod gore, kamienista sciezka, z widokiem na okolice. Z dala od siedlisk ludzkich, w las. Odpoczywamy na skalach cieszac oczy krajobrazem.
Po godzinie lub dwoch wracamy na obiad do Manali. Pyszne chowmain w tybetańskiej restauracji, czarna herbata, momosy z warzywami i kapuśniak. Gdy glod zaspokojony, zwiedzamy miasteczko. Powoli przemieszczamy się kretymi uliczkami rynku, odkrywamy schowane miedzy budynkami male kawiarenki, sklepiki z odzieza, spotykamy kilku buddyjskich mnichow z pobliskiego klasztoru, zamieniamy pare slow z właścicielami kramow, robimy niewielkie zakupy.
Przed zmrokiem wracamy piechota do Vashilsht. Odrzucamy oferty rikszarzy, w koncu trzy kilometry to niezbyt duza odległość do przemierzenia na wlasnych nogach.
W Rainbow Cafe kawa wieczorna, przy angielskiej muzyce. Obok, przy sąsiednich stolikach turyści dziela się wrazeniami z minionego dnia, komentuja wydarzenia na swiecie i zawartość kawiarnianego menu. Niektorzy pala fajki, inni, samotni ze swoimi myslami, patrza przed siebie, w przestrzen księżyca. Gwiazd dzisiaj malo, zimno, wysoko w gorach pruszy snieg.
