Od czasu do czasu odmladzam notatki z przeszlosci, wygladzam pozginane rabki zdarzen, poleruje milczace litery i symbole, rozkoszuje sie widokiem zdan zdjetych z terzniejszosci.
szukam siebie w drobinach slow, w kalamburach pamieci.
chociaz zyje tu i teraz zyje wtedy i tam na zmiane. mysli utopione w krwiobiegu historii, wyzieraja o porach dziennych i nocnych, zycie gra w puzzle, kawalki pozolklego papieru pasuja do dzis i do wczoraj. jak ulal.
w swietle nocnej lampki przezuwam godziny na sucho i mokro, chrapiac miedzy jednym a drugim zdaniem, stawiam przecinek szturhancem, podtrzymujac glowe golymi rekami, uzewnetrzniam wnetrze, wewnetrznie na zewnatrz.
gra slow. [ktos powiedzial]
gloski dzialaja wykrztusznie.
[czas. to co nie trzyma sie mnie do kupy, co obezwladnia. godziny, minuty sekundy, albo lata stulecia milenia, nie nadazam. wlocze sie za tym jak pies z kulawa noga, slimacze, sojkuje.
codziennie probuje zlapac c z a s za rogi, wytarmoszyc za uszy, dac w nos.
ile lat jeszcze musi uplynac by dac sie pogrzebac za bledny rachunek daty?]
