Z Sarnath wracamy pociagiem osobowym do Varanasi. Dziesieciokilometrowa trase przemierzamy w… cztery godziny. Z biletem za dwie rupie rozkoszujemy sie kontaktem z pasazerami glownie stad, zadnych turystow- szybko stajemy sie obiektem zainteresowania miejscowych. Zaatakowani krzyzowym ogniem pytan powoli oswajamy ciekawskich, z niektorymi nawiazujemy nawet przyjacielskie relacje; jednych interesuje ogolona glowa agnieszki, innych moja nieogolona broda. Dzieciaki zainteresowane sa bardziej zawartoscia naszych portfeli i plecakow, niz nasza osobowoscia, mlodzi chlopcy stanem cywilnym- od dobrych paru miesiecy jestesmy bowiem z Agnieszka w zwiazku malzenskim, co z pewnoscia pozbawilo nas wielu niepotrzebnych problemow podczas tej podrozy.
W przedziale kilku wyznawcow dzynizmu obdarowuje nas ulotkami po hindusku, ktos prosi nas o adres, ktos inny o wode mineralna. W ktoryms momencie nawiazujemy rozmowe z mlodym chlopakiem z Bombaju, doskonale orientujacym sie w wydarzeniach na swiecie, sceptycznie patrzacym na przyszlosc Indii, krytykujacym spoleczenstwo, zarzucajacym mieszkancom zabobonnosc i brak wyksztalcenia. W ogolnym natloku krytyki dowiadujemy sie duzo o Indiach- ciekawych miejscach, historii tego kraju- nasz rozmowca okazuje sie obiezyswiatem doskonale wladajacy angielskim, dobrze wyksztalconym i liberalnym demokrata.
Wiekszosc ludzi w wagonie jedzie bez biletu. W pociagach osobowym rzadko pojawiaja sie konduktorzy- czasem nie jest to mozliwe z liczebnosci wagonow- tysiace Hindusow wybiera te forme transportu bo najtansza i najwygodniejsza; z tym ostatnim nie zawsze mozna sie zgodzic- nie raz juz podczas podrozy po Indiach widzielismy wagony wypelnione po brzegi; czesto liczba pasazerow przechodzaca ludzkie wyobrazenia.
Dworzec w Varanasi to drugi dom dla wielu mieszkancow miasta. Niektorzy mieszkaja tu od lat, inni dopiero sie tu zadomowili. Niektorzy umieraja na peronie, codziennie przedstawiciele organizacji charytatywnych wynosza kilka cial do kremacji w jednym z waranaskich ghatow.
Mieszkaja tu zarowno starzy jak i mlodzi ludzie, choc tych pierwszych jest z pewnoscia najwiecej. Sa tez kalecy, tredowaci, chorzy i wycienczeniz glodu. Sa dzieci w obdartych ubraniach, sa matki skora i kosci, sa mezczyzni cierpiacy na samotnosc.
Ci, co sa w stanie chodzic, ruszyc reka lub glowa, pomagaja swoim sasiadom z podlogi- przynosza jedzenie ze smietnikow, lub wyzebrane od zachodnich turystow, przykrywaja plandeka, zamieniaja kilka slow. Ich swiat zamkniety jest w olbrzymich tobolach za plecami, w przestrzeni metr na poltora. Obok swiat przesuwa sie do przodu, ich zegarki zatrzymaly sie w czasie.
Miedzy lezacymi bezdomnymi biegaja szczury i myszy. Od czasu do czasu malpy kradna ostatnia pajde chleba. W tlumie bezwolnych cial slychac pojekiwania, szelest gniecionych gazet, krzyk przez sen, szczegolnie gdy gasnie swiatlo, przestaja dzialas wentylatory i megafony, z ciemnosci wylania sie szept smierci.
Zagraniczni turysci z reguly nie dziela lawek z miejscowymi podroznymi. Przesiaduja w klimatyzowanym pomieszczeniu dla Vipow, rozkoszuja sie wygodnymi fotelami i bezposrednia ochrona pracownikow dworca. Tylko nieliczni nie boja sie nie byc obok.
Latwiej jest zyc ze swiadomoscia, ze wszystko jest przeciez w porzadku.
