Kolejny poranek w świątynnym hotelu. Kilku obcokrajowcow studiuje przewodniki, inni jeszcze spia, chrapia, przewracaja się na drugi bok. O osmej rano otwieraja bar z kawa i herbata, pol godziny pozniej stoisko z coca cola i fanta. Od siódmej rano wydawane jest sniadanie w centralnej jadalni dla około 60 tysiecy wyznawcow sykhizmu i przyjezdnych turystow i ciekawskich. Dzwieki bębnów przeplataja się z dźwiękiem metalowych naczyn mytych na biezaca przez setki wolontariuszy. Osma rano to najbardziej niebezpieczny czas na sniadanie- wtedy najwięcej pielgrzymow stoi w kolejce po jedzenie, największy chaos, scisk, czasem glos wyzwisk i przejawy braku kultury. Bez względu na wyznanie czy narodowość. Wszyscy chca być pierwsi, bojac się, ze posiłków z jakiegos powodu może nie starczyc. Wtedy nie ma miejsca na świętość. Nie ma świętości ‘na pusty zoladek’.
Po poludniu krotka wyprawa na dworzec kolejowy. Sama przez się. Dworce sa jak miniaturowe panstwa- tysiące mniej lub bardziej obcych ludzi przemierza droge na właściwy peron, do właściwego celu. Na dworcach mieszaja się jezyki, kultury, wyznania i doświadczenia. I to jest niesamowite.
Chowmain na kolacje w lokalnej spelunie. Niewielu klientow- matka z dzieckiem i starszy hindus, przepasany białym prześcieradłem. Na codzien nie ma tu europejczykow czy amerykanow. Ci wybieraja drogie restauracje, które przynajmniej z wygladu spełniają zasady higieny, a menu musi posiadac hamburgery i frytki. Wlascicielka speluny dziwi się wiec, ze zamawiamy u niej chow main ale i cieszy jednoczesnie, ze wybraliśmy wlasnie jej lokal .
Od czasu do czasu zamieniamy pare slow ze strażnikiem naszego wieloosobowego pokoju. Niesmialy sikh lubi sluchac opowiesci o naszych podrozach. Sam nigdy nie byl za granica. Chociaz dla niego wyjechanie z Punjabu do Delhi to rodzaj wyjazdu za granice. Poza granice wlasnego Domu. Moze kiedys jego dom sie powiekszy. Pekna granice i skurczy sie przestrzen.
