Nerwowe, pelne chorych emocji, pretensjonalne pozegnanie z Mc Leod Ganj. Szybkie sniadanie, lyk mlecznej herbaty. Deszcz nie poprawia nastrojow. W milczeniu mijamy gromady turystow, miejscowych i mnichow, dziesiątki malp, bezdomnych psow i świętych krow. W zlym humorze wszystko wyglada ponuro i szaro. Jedziemy do Pathankot, wśród lasow i wzniesien, potem już rownina do Amritsaru, przekraczając wszelkie dozwolone prędkości, zakazy i nakazy, ocierając się o śmierć na jednym z odcinkow drogi podczas wyprzedzania.
W Amritsar, z dworca autobusowego, wyklocona riksza do Golden Temple. Na miejscu mila niespodzianka- otrzymujemy bezpłatne miejsce w hotelu i cieply posilek. Spacerujemy wzdłuż świątynnych murow, rozkoszujemy się widokiem, wsłuchujemy się w modlitwy i rozmowy pielgrzymow. Oprocz wyznawcow sikhizmu sa tu hindusi, muzułmanie i katolicy. Niektorzy z ciekawości, inni z potrzeby modlitwy. Nikt tu nikogo nie pyta o wyznanie i cel wizyty. O dziesiatej wieczorem plac przed zlota swiatynia zaczyna się wyludniac. Zaludniaja się za to dziedzince hosteli. Każdy kawalek przestrzeni zajety jest przez pielgrzymow. Tym, którym nie udalo się dostac miejsca w pokojach, spia pod golym niebem. Nikt nikogo nie wygania, nie robi wyrzutow. Wolontariusze roznosza wode i koce. Jedni wyjeżdżają, drudzy przyjeżdżają. Do pozna w nocy pracuje kawiarnia, litry herbaty i kawy po przystępnej cenie schodza błyskawicznie.
Poza murami świątyni zebracy blagaja o rupie. Pustoszeja uliczne bary, zapełniają się drogie restauracje. Coraz mniej aut na ulicach, coraz wiecej ciszy.
Noc wyjatkowo gwiazdzista. Ksiezyc wyjatkowo okrągły.
