Trzy tygodnie pozniej wszystko wyglada normalniej. Krowy i malpy na ulicach, bezdomni i dewoci, tybetańscy handlarze, tlumy zagranicznych przechodniow w kolorowych strojach, setki riksz i taksowek, dźwięk klaksonow i wrzask dzieci w lokalnej szkole wydaja się rzecza powszednia i naturalna, oddajaca sacrum tej przestrzeni, tego czasu, tej społeczności.
O szostej trzydzieści Mc Leod Ganj budzi się do zycia. Trwa czyszczenie ulic i sklepikow, Tybetanki rozkładają chleby i paczki, gotuja Momos y, myja garnki. Nieliczni turyści spaceruja po prawie pustych uliczkach rozkoszując się spokojem i przestrzenia. Powietrze jest jeszcze swieze, niebo wyraźne, ludzie wokół mniej anonimowi i spieszni.
Trzy tygodnie pozniej miejsce staje się swojskie; nie ma tu miejsca dla intruzow i wrogow, tutejsze zwyczaje i ceremonie, rytualy i przyzwyczajenia toleruje z mniejsza niecierpliwością niż dawniej. Zaczynam sobie zdawac sprawe, ze jestem w Indiach, w indyjskim Tybecie, o krok od Himalajow i nie powinienem od nikogo wymagac, by zachowywal się na moje podobieństwo. Europejczycy znani sa z silnego egocentryzmu, przywiązania do swojej tradycji, społecznych zachowan i malej tolerancji. Kultura zachodnia, choc powierzchownie liberalna, w istocie jest bardzo zamknieta i apodyktyczna.
O osmej uliczki Mc Leod Gonj nie sa już puste. Gromadki tybetańskich dzieci maszeruja do szkoly. Duzo przy tym smiechu i frajdy, duzo podskokow i radosnych piosenek po drodze. Bezdomni wstali już ze swoich legowisk, pierwsi kupujący otrzymuja rabaty od sklepikarzy na dobry poczatek dnia. W` powietrzu zapach pieczonego chleba i mieszanki ziol. Starzy Tybetanczycy kreca walki w swoich świątyniach albo modlasie na… Z pobliskich barow unosi się zapach świeżo zmielonej kawy.
Z zaułków zniknęły bezdomne psy. Wypelnily je kramy z odzieza, bizuteria, tybetańskimi posazkami świętych, książkami i pocztowkami, chinskimi przyprawami, zabawkami … Za chwile zrobi się tloczno i glosno, duszno i gwarno, anonimowo, spiesznie.
Dzien jak codzien. Jak zwykle- do zmroku.
