O trzynastej miejscowego czasu docieramy do Varanasi. Atakuja nas rikszarze i wlasciciele hoteli. Przekszykuja sie w ofertach i cenach, oferuja najlepsza obsluge. Potem ustawiaja sie do nas w kolejsce starcy i zebracy, ludzie prosza o zdjecie, blysk flesza razi nas w oczy.
A wiec jestesmy tu. Z godzinnym opoznieniem dotarlismy do miejsca, ktore dla Hindusow jest czym Mekka dla Muzulmanow, Jerozolima dla Zydow. Zatloczony, brudny, pelen podroznikow, bezdomnych i handlarzy dworzec raczej odstrasza niz przyciaga. Potem atak rikszarzy, targowanie sie o kazda rupie, tlok, posmiewisko i scena.
Varanasi to miejsce wojownikow. O kazdy kawalek przestrzeni, o kazdy kawalek chleba. Ulice pelne magow, swietych, rewolucjonistow, joginow, masazystow, filozofow, przewodnikow, lekarzy zapelnione sa po ostatnia szczeline. Wolni ludzie dziela sie jedzeniem z wolnymi zwierzetami- swinie na ulicach to normalnosc- podobnie jak kozy, krowy i bawoly, osly i malpy, konie i koty, psy i muchy.
Mieszkamy w pensjonacie z widokiem na Ganges, swieta rzeka wyglada pieknie zwlaszcza o zachodzie slonca. Kolory wody i nieba, swiatyn i pielgrzymow zgrywaja sie znakomicie. Kazdego wieczoru dzwieki bebnow wypelniaja kazda alejke, muzyka i spiew kazda swiatynie, modlitwa kazda dusze.
Kramy z jedzeniem zadowalaja kazdy zoladek, zapach swiezych warzyw i przypraw laczy sie z zapachem palonych kadzidel.
Cisza zapada pozna noca. Varanasi zasypia powoli, z wdziekiem, podobnie jak sie budzi. Noc to czas duchow i magii. Snow i tajemnych ceremonii, dostepnych tylko dla nielicznych.
