Marcina poznaję na dworcu kolejowym w Opolu. W jego kawalerce na Zaodrzu rozmawiamy o filozofii podróży. Wspominamy miejsca i ludzi z naszych dalszych i bliższych wędrówek. Opowieść zagryzamy makaronem ze szpinakiem, popijając posiłek herbatą po turecku. Marcin opowiada o Iranie i Mongolii, pokazuje zdjęcia z jego magicznych wypraw. Kocha Mongolię za przestrzeń i ciszę, Iran za gościnność i kulturę. Żyje między jedną a drugą podróżą, w międzyczasie zarabiając na życie jako nauczyciel filozofii i etyki w kilku opolskich szkołach średnich. Lubi prostotę, niewiele potrzeba mu do szczęścia. Jego niewielka kawalerka to właściwie jedno pomieszczenie przegrodzone półką z książkami; oddzielony wiedzą świat dzienny i nocny.
Do Opola przeprowadził się z rodzinej Nysy, o której opowiada z senymentem. Gdyby nie życiowe konieczności z pewnością nie opuściłby tamtego miejsca. Teraz marzy o domu za miastem, przestrzeni pomiędzy światami wypełniającej niedobory miasta i wsi. Do pracy chodzi piechotą (pozbył się samochodu), ale nie narzeka. Codzienna porcja gimnastyki wychodzi mu na dobre.
W domu ma kilka pamiątek z podróży- fajkę wodną z Iranu, tybetańki modlitewnik, porcelanową zastawę chińską do herbaty- a w pamięci tysiące kadrów; lubi się nimi dzielić z innymi. Momenty nabierają wtedy większego znaczenia, chwile stają się dłuższe, a światy zaprzeszłe bardziej obecne; słowa są jak ziarna, ziarna wydają plony jeśli trafią na podatny grunt.
Zanim został nauczycielem imał się różnych zawodów, jednak odnalazł się w szkole. Daje mu ona nie tylko poczucie stabilizacji, ale i możliwość dzielenia się wiedzą, która gdy nie rozdana więdnie, staje się niepotrzebna; jest jak dobry chleb, póki nie spróbujesz, nie zasmakujesz.
Rozmawiamy długo i dużo. Świat się kurczy, za oknem mrugają gwiazdy.
