przygladam sie sobie z naganna skromnoscia. lustro wygladza zgiecia na eleganckiej koszuli, nie dostrzega porannych zmarszczek na czole, spiochow w kacikach oczu, ukrytego leku w sercu. w spoconych rekach trzymam niewyrazna mape przyszlosci. nadzieja, gluptaska, ma mnie w garsci.
rzucam sie w morze pytan, w dyktando mysli, prosto w oczy. z aniolem strozem za reke, pokonuje goliata rzutem slowa.
w sloncu, pod blekitnym niebem buduje nowa ere.
