Wysoko w gorach, burza. Nizej, w dolinie, rzesisty deszcz. Szosta trzydziesci rano. Nabieram oddechu. Wiatru w pluca. Krajobraz we mgle wydaje sie bardziej odlegly niz jest w rzeczywistosci. Cisza. Nieabsolutna, bo miedzy kroplami deszczu, kaszlem porannych przechodniow, rykiem krow i poszczekiwaniem psow.
Sniadanie w lokalnej restauracji. Obserwacja zycia za oknem miedzy jednym a drugim kesem. Jednym a drugim siorbnieciem tybetanskiej herbaty. Jeszcze nigdy normalnsc nie byla tak interesujaca, a rzeczywistosc tak ostra. Budyjscy mnisi wedruja do klasztoru na poranne modlitwy. Smiesznie wygladaja w czerwonych szatach i ostrzyzonych glowach wymachujac telefonami komorkowymi, przekaszajac poranek parantha. Tradycja gryzie sie ze wspolczesnoscia. Przynajmniej ta widziana przez szybe, nieoswojona, dzika.
Potem kolejny spacer tymi samymi uliczkami, w przerwie miedzy jedna a druga ulewa.
Kazdego dnia odslania sie jakas nowa, nieodkryta jeszcze przestrzen.
