Drzwi do kościoła ksiądz otwiera na godzinę przed mszą. To czas dla tych, którzy wolą modlić się w samotności, z jakichś przyczyn nie chcą być częścią lokalnej wspólnoty, albo po prostu przyszli za wcześnie. Mam w sobie cząstkę każdej z tych osób- wolę modlić się w samotności, nie chcę być częścią lokalnej wspólnoty [przynajmniej nie w tym momencie] i po prostu przyszedłem za wcześnie.
Agnieszka zachwyca się wnętrzem świątyni. Pstryka zdjęcia z każdej bocznej nawy, podchodzi do ołtarza, łapie w obiektyw malowidła na sklepieniu, wchodzi na chór, obejmuje wnętrze całą swoją ciekawością.
Właściwie to zostało tu niewiele z dawnego wnętrza. Jeszcze przed wojną była tu cerkiew greckokatolicka, z ikonostasem i z tetrapodem, z wyszywankami pod każdą ikoną i trójramiennym krzyżem.
Dziś ślady dawnej cerkwi zostały już tylko w wyglądzie świątyni, kilka bań przypomina, że wśród mieszkańców Polany byli odmieńcy, co gadali po swojemu i nie po polsku, obchodzili święta z opóźnieniem, żegnali się trzy razy przed krzyżem i nosili wyszywane soroczki w każdą niedzielę.
Zabolała mnie wizyta w tym miejscu. Otworzyły się dawne rany. Odmienność dała o sobie znać, oczy załzawiły się na widok pustych ikon.
Wracam do domu ze zranioną duszą. Agnieszka przekazuje innym znak pokoju czując radość Wspólnoty. Ja- smutek.
Szukam odpowiedzi na pytania o własną tożsamość w obcym domu, który traktuję jak swój.
