Wróciła wiosna. Na zewnątrz ponad dziesięć stopni powyżej zera, w domu jakby mniej.
Chleb z dżemem na śniadanie. Bochenek znika błyskawicznie. W Czarnej pieką pieczywo tradycyjnymi metodami bez dodatków spulchniaczy i środków konserwujących, choć jak przekonuje sprzedawczyni z pobliskiego sklepiku, większość z powodu niższej ceny preferuje zakonserwowany, nafaszerowany chemią chleb z Żarszyna.
Piechotą, dziesięć kilometrów, do Lutowisk. Przypadkowy kierowca proponuje podwiezienie. Rezygnujemy, wierząc we własne nogi. Agnieszka łapie obrazy starą, uszkodzoną cyfrówką. Słońce jest dziś wyjątkowo hojne, niebo całe skąpane w błękicie. Po raz kolejny mijam Skorodne, kiedyś całkiem dużą wieś, dziś zaledwie kilkudziesięcioosobową osadę. W pamięci próbuję wskrzesić mapę dawnej wsi, zlokalizować miejsce po dawnym młynie, karczmie i cerkwi. Jedynym śladem tamtych lat zostały dziś już tylko dzikie jabłonie i stary cmentarz. I potok, Głuchy, na wszystko.
W Lutowiskach kiełbasa węgierska na obiad. Podglądamy życie miejscowych chłopów z perspektywy przydrożnej ławki.
Potem kolejna wędrówka, wizyta na miejscowym cmentarzu greckokatolickim i żydowskim kirkucie. Z okolicznych wzniesień przepiękna panorama Bieszczadów Wysokich. Nieudana łapanka pojazdów mechanicznych w drodze powrotnej do Polany. Przy okazji uroczy zachód słońca w Dolinie Skorodnego.
Im dalej w las, tym ciemniej. Do domu prowadzą nas gwiazdy.
Wieczorem spóźnione ognisko, gorąca herbata znaczy teraz więcej niż tysiąc zarobionych kiedyś banknotów.
