budowniczy wstaja o szostej czterdziesci piec. witaja sie glosnym szeptem i poranna kawa. medrkuja nad kazdym centymetrem sciany, rozkladaja narzedzia niczym na hali targowej gotowi na kazda tranzakcje za marny grosz. o siodmej dziesiec ida w ruch wiertla, betoniarki i koparki. zadna poduszka nie jest w stanie wytrzymac takiej symfonii. codziennie o siodmej dziesiec zrywam sie z lozka na krzywe nogi, zaparzam poranna kawe, spryskuje twarz zimna woda, przegladam sie w lustrze i zapominam o sprawie.
na rynku w dukli opalaja sie bezrobotni, smieja się z budowniczych, wypominajac im kazdy centymetr nierownej sciany. budowniczy jakby w odwecie krzycza ze u bezrobotnych nierowno pod sufitem.
często odwiedzam dworzec autobusowy w dukli choc nigdzie nie wyjezdzam. przygladam sie ludziom z dystansem podroznego, ktorego autobus nigdy nie odjedzie. starsze kobiety z olbrzymimi plociennymi torbami wyciagaja zbolale nogi pelne zylakow, zadrapan i siniakow daleko przed siebie, jakby sie chcialy ich pozbyc, chocby na chwile, chocby do czasu planowego odjazdu autobusu do rodzinnej wioski, chocby na moment- precz od siebie, od tego, co jeszcze bez zylakow, zadrapan i siniakow, daleko od smierci.
dzieciaki chlapia sie w kaluzach. jakby niechcacy wpadaja do wody, potem narzekaja na kazdego klapsa, ze za co. rodzice gestykulują śmiesznie rekami i ustami, rodzaj macierzynskiej i ojcowskiej traumy. krzykiem reguluja kazdy ruch dziecka, a dziecko, jak to dziecko- na to wszystko skacze.
ci, co jada do krosna, ubrani odswietnie; do stolicy nie wypada inaczej, w dresie albo dzinsowych spodniach. do stolicy jedzie sie zalatwic WAZNE sprawy, zjesc obiad w porzadnej restauracji, zrobic zakupy w markowym sklepie. w dukli nie ma sie czego wstydzic- ani workow pod oczami, ani oderwanego guzika w marynarce, ani niepolakierowanych paznokci, ani dziry w rajstopie, ani zylakow na nodze, ani strupa na czole, ani ani. w dukli sie nie krepuj.
ci, co jada do polan, ubrani po uszy, mawiaja ze gdy w dukli nie pada, to w polanach leje, a gdy w polanach leje to w dukli pada. kobiety i mezczyzni w srednim i podeszlym wieku w kurtkach ortalionowych lub wysokich golfach, choc na zewnatrz dwadziescia stopni pare, wiaza kosy i siekiery, pily i czesci od traktorow, proszki do prania i proszki na reumatyzm. Pod paznokciami grudki ziemi, dlonie w smarze lub widocznych odciskach, u tych, co jada do polan, linie zycia wyrazniej widoczne niz linie snu.
kilku studentow z torbami podroznymi po ostatnie zaliczenia do rzeszowa, dziewczyny w dobrze skrojonych bluzkach i ogolonych nogach, z ulozonymi porzadnie wlosami, z delikatnymi dlonmi, bez linii zycia ani linii snu, z pomalowanymi oczami pod kolor ubrania, z poczuciem wyraznej wyzszosci zarowno nad tymi co do krosna i tymi co do polan.
ni z stad ni z owad para gorolazow, z plecakami ponad glowami, i buciorami oblepionymi glina. z potem na czole i cuchnacymi koszulkami polo. z mapa na wznak, na katowice wroclaw lodz i olsztyn.
wieczorem wracam do pokoju na pietrze, piję kawę, wypełniam aplikację, słucham muzyki i zapominam o całym, bożym świecie.
