Ten dom skrojony jest na moją miarę. Znalezione na werandzie sandały stworzone są na moje stopy, gumiaki z ocieplaną wyściółką pasują jak ulał. Sufit w sam raz na mój wzrost, wszystko na wyciągnięcie ręki, nawet łóżko ani o centymetr nie przerasta długości mojego ciała. Wydłubane w drewnie świątki otaczają mnie opieką, myszy dotrzymują towarzystwa.
Z pokładów nagromadzonych w duszy pieśni słyszę melodię Mam swój dom grupy Caraboo. Nucę sobie pod nosem kilka zwrotek nie zawracając sobie głowy ani tonacją, ani rytmem.
Zimno. Temperatura w nocy spadła do dwudziestu trzech stopni poniżej zera. Oszronione szyby w oknie nawet w pełni słońca nie chcą się rozpuścić. Chucham na nie od czasu do czasu, dzieląc się swoim wewnętrznym ciepłem, przenikając pęcherzyki lodu.
W piecu palę rozważnie, logicznie. Rozpalam trochę suchego chrustu, dodaję szyszek i mchu, dmucham lekko podsycając płomień i energicznie dorzucam kilka cienkich gałązek. Gdy drzewo jest kapryśne i nie daje się od razu rozpalić dorzucam trochę wosku ze zużytej świecy. Potem wkładam suche drewniane polano, czekam chwilę aż ogień pożre kawałek drewna i otaczam je mniejszymi, ale wilgotniejszymi gałązkami nazbieranymi w lesie. Pół godziny póżniej mogę już śmiało włożyć do kominka wilgotne drewno, choć oczywiście lepszy efekt cieplny przyniosłyby suche polana.
Rozgrzewam się czarną, mocną kawą z domieszką cukru, wciągam w siebie zapach pary jak narkotyk. Myślę o ciepłym Radżastanie i Uttra Pradesh, o upalnym Waranasi i Bophalu. Wspomnienia wypełniają dom, kartki zapełniają się śladami własnej i cudzej obecności.
Na półce odnajduję duży czarny album ze zdjęciami. Ktoś go podpisał niepewnym pismem Artur Samotnik. W środku, niewiele zdjęć, w większości puste strony ogołocone z fotografii, okradzione ze wspomnień. Wśród tych kilku, które jeszcze zostały, bo zakwalifikowane jako mniej ważne albo po prostu nie dały się odkleić, parę ujęć długowłosego, wysokiego ale drobnego mężczyzny, na oko po trzydziestce outsidera, spoglądającego na fotografa z przymrużeniem oka. I jakby na zakończenie dodatkowy slajd z pogrzebu, uwieńczenie życia anonimowego artysty, po którym zostało w domu parę rzeźb, karmników, drewnianych pudełeczek, solniczek i cukierniczek, jeden ocalały list, parę stron pamiętnika i stary, znoszony sweter.
Całe popołudnie spędzam na porządkowaniu myśli, łagodzę nagromadzone emocje szklanką wody mineralnej.
Rąbię dziś drzewo energiczniej niż zwykle. Z jakąś młodzieńczą brawurą, werwą i podwyższoną motywacją. Czuję się silniejszy o czyjąś obecność, która, mimo że anonimowa, napawa mnie radością.
Wieczorem odkrywam, że nie istnieje coś takiego jak śmierć. Wierzę w życie wieczne.
