Znowu mijamy piekne marmaroskie wioski. Powoli wdychamy to miejsce, stajemy się jego czescia, tak bardzo, ze znika uczucie wyobcowania, pojawia się zas poczucie bliskości i powolnego zakorzeniania się, swojskości, zrozumienia. Chleb kupiony w sklepie po drodze smakuje lepiej niż kiedykolwiek, uprzejmość ludzi zadziwia, ale tez potwierdza regule, ze nie wazne czy zyjemy w biednym czy bogatym kraju, wazne jest jakimi jesteśmy wewnątrz, w stosunku do innych.
Zadziwia nas fakt, ze chociaż nie potrafimy powiedziec po rumuńsku ani slowa, wszyscy traktuja nas z życzliwością i otwartością godna pozazdroszczenia.
W jednej z marmaroskich wiosek dwie staruszki zapraszaja nas do siebie, częstują chlebem i slonina, serem i gorzalka. Niby nie maja wiele, narzekaja na bol krzyza, niska rencine i samotność, ale maja wielkie serce. Staraja się ugościć nas tak dobrze, abyśmy czuli się jak u siebie. Traktuja nas jak wlasne dzieci- otaczaja opieka i przyjaznia.
Dzis przekroczyliśmy 25 kilometr naszej pieszej wędrówki przez Maramuresz. Nogi bola od przemierzonych odległości, plecy od noszenia ciezkich plecakow. A jednak jesteśmy sczesliwi. Tak po prostu. Jak dzieci.
Nocleg na wzgorzu i piekny zachod słońca. Olsniewajace krajobrazy, wokół szczyty gor, geste lasy, ludzie przy zbiorze siana, rzace konie.
Tak niewiele potrzeba do zycia.
