Czterdziesty pierwszy numer archiwalny Gazety Wyborczej przyniósł perłę. Reportaż o Heńku Bukiniście od Balzaka i Stachury. Jakaś cząstka wspólnoty z Nieznajomym. Smaczna treść na śniadanie. I wiosna na obiad.
Narąbałem sobie dziś ognia na trzy dni. Nanosiłem kilkanaście litrów wody z pobliskiego strumienia. Nauczyłem się łapania słońca w garść. Przez prawie godzinę milczałem na werandzie puszczając oko do przebudzonej muchy. Nakarmiłem kota resztkami konserwy rybnej, zostawiłem trochę okruszków z chleba myszy sąsiadce.
Przygarnąłem góry wzrokiem. Medytowały pod błękitnym niebem. Szukałem jakiegoś drobnego szczegółu, który mnie z nimi bratał. Od lat uciekałem w góry; zawsze na bosaka, naiwnie. Na chama. Musiały mnie cierpliwie znosić, machać ręką na niepokój, ból i złość. Miłość wariatka.
Pamiętam wędrówkę na Chreszczatą w 1994, z grupą młodych ludzi. Mieliśmy zawiązane oczy, polegaliśmy tylko na uścisku dłoni sąsiada, który wyznaczał kierunek, dawał bezpieczeństwo. Trzy lata później na tej samej trasie piekliśmy placki z zebranej po drodze pszenicy, rozgniecionej kamieniem na proszek i zmieszanej z wodą. Pamiętam obóz w Rajskiem, malowanie kamieni farbami olejnymi, prysznic zrobiony z konewki nad brzegiem Soliny. Albo samotną wędrówkę na koniec świata, spotkanie z Andrzejem alkoholikiem, hamakowanie pod jabłonią w Starym Łupkowie. Albo wyprawę na Tarnicę, otarte do krwi kolano po upadku.
W Bieszczadach spędziłem sporą część życia, z wilczym biletem, uciekając przed własnym cieniem i chroniąc się we własnym cieniu.
O siedemnastej w Polanie gaśnie słońce, księżyc na warcie służy gwiazdom. Góry i ludzie zgodnie zapalają pochodnie.
