O szostej pobudka. Samoistna, sama przez się. Kilku buddyjskich mnichow medytuje nad jeziorem. Pierwsze promienie słońca dotykaja tafli wody. Turysci stoja w kolejce do umywalki. Kucharze podgrzewaja olej na olbrzymich, żeliwnych patelniach. Przygotowuja ciasto na chapati i pharanty, obieraja ziemniaki, gotuja czaj na malym ogniu.
Rewalsar otwiera oczy. O poranku wszystko wyglada tu spokojniej i piękniej. Trawa zieleni się bardziej, kolory nabieraja większej ilości odcieni, uśmiechy wydaja się głębsze.
Sniadanie w lokalnym barze. Ziemniaczane naleśniki, potem czarna herbata i kawa. W miejscowej piekarni kilka słodkich ciasteczek na szczesliwy dzien.
Zwiedzamy wies- nie trzeba duzo czasu, by przejść ja wzdłuż i wszerz, w gore i w dol. Wlasciwie z każdej perspektywy jest to piekne miejsce. Z gory cudowny widok na jezioro, tybetańskie klasztory i miejscowe domy. Z dolu- na rozlegle przestrzenie i wzgorza, szczyty gor i czyste, błękitne niebo.
Niedziela. Odpoczywamy. Fotografujemy. Przedrzezniamy malpy. Spacerujemy. Spozywamy posilki. Usmiechamy się do nieznajomych. Glaskamy psy. Robimy zakupy. Patrzymy. Smiejemy się. Rozmawiamy.
Oddychamy.
