Gdy w nocy przyśniło mu się, że wypadły mu trzy zęby, spakował plecak i zaczął uciekać. Szedł może trzy godziny zanim stwierdził, że jest bezpieczny. Na przystanku autobusowym rozłożył karimatę, zasnął wtulony we wnętrze śpiwora. Do rana zostało mu może dwie godziny. Chciał się obudzić przed pierwszym autobusem w stronę miasta, aby nikogo nie spotkać. Tak było zawsze- pojawiał się i znikał w najmniej oczekiwanych momentach.
Wbrew pozorom lubił to więzienie- często tam wracał, szczególnie zimą. Spotykał te same mordy. Kazik odsiadywał alimenty, Witek zabójstwo teściowej, Czesiek napad na policjanta. Wystarczyło zniszczyć kilka szyb w supermarketach, najeść się do syta kiełbasą podwawelską, by wrócić za kratki. Odpowiadało mu takie życie; to była wolność o której śnił- jak mu się znudziła, brał kamień i rzucał w przestrzeń- czasem trafiał- prosto do policyjnego radiowozu.
W Dukli znali go wszyscy- mówili o nim zjawa, chodził po rynku ze swoim zielonym, wojskowym plecakiem, kreśląc ścieżki wokół ratusza, zagadując staruszki i obcych. Od czasu do czasu odwiedzał miejscowe schronisko- mógł się umyć i przespać- darmowy kąt w międzyczasie.
Każdy miesiąc w więzieniu to jedna wytatuowana przy oku kropka. Gdy zabrakło oczu, tatuował sobie nadgarstek i szyję. Nie chciał zgubić ani chwili swojego życia; miał pięćdziesiąt dwa lata, dwa lata małżeństwa, trzy lata więzienia, szmat czasu przed sobą i za sobą. Gdy nie palił wpadał w depresję i ciągnęło go do wódki.
Zimą odśnieżał ulice i dachy. Lubił zimę, bo ludzie byli wtedy bardziej szczodrzy. Zwykle za godzinę pracy dostawał całą torbę smakołyków i ciepłe ubrania. Najgorzej było latem- nikt nie zwracał na niego uwagi, może tylko bezdomne psy albo chamskie dzieci. Spał wtedy w lesie, mył się w rzece, gotował na ognisku, gadał do siebie.
Handzię spotkał w Zakopanem na dworcu. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Do dziś pamięta jak się kochali na peronie drugim, pamięta jej koronkową halkę i zapach perfumy ‘być może’. Być może tak właśnie miało być- po miesiącu wszystko się skończyło- odjechał z peronu drugiego pociągiem na Kraków, bo handzia znalazła sobie innego chłopa- ponoć zakochała się w nim od pierwszego wrażenia. Nie miał do siebie żalu, może tylko od czasu do czasu przeklinał los.
Najbardziej lubił krupniaka albo żołądkową. Krupniaka pił zaraz po wyjściu z aresztu, żołądkową przed. Najlepiej mu się spożywało na cmentarzu, wśród starych znajomych. Raz nawet, po chyba drugiej butelce, próbował się dobrać do nieboszczyka, bo mu się przypomniało, że był mu winien dwie stówy ale ten ani drgnął ani nawet pierdnął.
Któregoś dnia przysiągł, że nie weźmie już ani kropli alkoholu do ust. Klęcząc powtórzył słowa wielebnego proboszcza, pocałował krucyfiks, podpisał jakiś papier i do dziś jest trzeźwy. Daje słowo, że to był cud. Boże jedyny.
Od tygodnia ma nowe buty, więc marzy mu się kolejna wyprawa. Nikt jednak nie wie, kiedy zniknie i kiedy się znowu pojawi. On sam, marszczy czoło w niepewności, pokazując palcem w niebo. Najpierw musi się ogolić, potem zrobić pranie, zjeść coś i dobrze się wyspać.
Jutro się okaże.
