Po obfitym sniadaniu wyruszamy dalej. Riksza do Manali, potem lokalnym autobusem do Mandi. Towarzyszy nam kilku zagranicznych turystow, poza tym sami swoi. Nasze olbrzymie plecaki przykuwaja uwage- trzeba przyznac przesadzilismy chyba z zakupami. Po prawie dwugodzinnej jezdzie docieramy do Kullu. To prawie dwudziestotysięczne miasteczko położone nad Sarvari znane jest przede wszystkim jako centrum produkcji szali, obrusow, wszelkiego rodzaju wełnianych okryc wierzchnich itd. Poza tym niczym innym się nie wyroznia- zakurzone miejsce z waskimi uliczkami opanowanymi przez ślusarzy, kowali, piekarzy, kucharzy,stolarzy i wspomnianych wyzej producentow tekstyliow znanych poniekąd na calym swiecie; słynne szale z Kullu Valley nosi się na ulicach Nowego Yorku i Londynu, Paryza i Moskwy, Jerozolimy i Sydney.
Po krotkim postoju jedziemy dalej. Trasa staje się coraz bardziej malownicza. I niebezpieczna. Niekonczace się serpentyny, dziury w jezdniach, waskie drogi i duzy ruch trzyma w napieciu. Siedzimy jak na szpilkach, obserwujemy popisowa jazde kierowcy, zdajac sobie sprawe ze wystarczylby najmniejszy niewłaściwy ruch i runęlibyśmy w przepasc. Strach probujemy sobie zrekompensowac widokami- piekne zalesione szczyty gor, niezliczona ilość mostow wiszących po drodze i hinduskich świątyń, przepiekne przelomy rzeki Beas- raj dla miłośników spływów pontonami i kajakami, piekna architektura mijanych po drodze wiosek.
Tak- piekna jest ta strona swiata. Nieoswojona, wolna. Kapiemy się w słońcu i zieleni. Cieszymy się, ze jesteśmy tui teraz. Ze zdecydowaliśmy się na te podroz, pomimo przeszkod, braku wsparcia i szczegółowego planu.
Do Mandi docieramy z kilkunastominutowym opoznieniem. Kolejny lokalny autobus zabiera nas do Rewalsar, niewielkiej wioski położonej 20 kilometrow na zachod. Razem z grupa Tybetańczyków przemierzamy raz jeszcze waskie drogi, serpentyny, dziury w jezdniach. I choc szczyty tu znacznie nizsze niż w okolicach Manali podroz trzyma w napieciu. A piekno wokół bezsprzeczne.
Gory wokół Mandi przypominaja troche polskie Bieszczady. Lagodne szczyty, krete drogi, zielone wzgorza. Gdyby nie malpy na sciezkach, można by było się pomylic. Cieszymy się, ze znaleźliśmy tu kawalek Polski, miejsce gdzie zniknęły granice i odległości, a ożyło serce.
Po godzinnej jezdzie autobusem docieramy do Rewalsar. Niewielka wioska zasiedlona wokół świętego jeziorka przez Buddystow, Hindusow i Sikhow wprowadza nas szybko w zachwyt. Zanurzona w zieleni, spokojna, ba, nawet lekko ospala, otwiera nam szeroko oczy. Rzadko kiedy było nam dane dostrzec tak duza ilość świątyń w jednym miejscu. Tybetanskie gompy, hinduskie Mandiry i sikh gurdwary opanowaly wioske.
Znajdujemy nocleg w niedrogim hotelu, odpoczywamy otoczeni przez pielgrzymow i gromade malp. Potem odwiedzamy male tybetańskie restauracje i hinduskie dhaby. Ceny nie odstraszaja, choc sa znacznie wyższe niż w okolicznym Mandi albo Manali. Na kolacje thali i ciepla herbatka. Zaprzyjazniamy się z psiakiem właściciela baru i jego kilkuletnim synem, który obsluguje nas jak profesjonalny kelner.
Kladziemy się spac wczesnie- zmeczeni podroza. Wies tetni ciagle zyciem i modlitwa. Gwar ulicy słychać jeszcze dlugo i wyraznie.
