Kilka lat temu odkrylem kilkanascie wlasnorecznie naszkicowanych rysunkow. Rysunki przedstawialy budynki mieszkalne zawieszone w przestrzeni. Kazdy budynek posiadal dwa okna, ale nigdzie nie moglem dostrzec drzwi. Drzwi byly poza zasiegiem wzroku, poza zasiegiem olowka.
Mieszkam na poddaszu. Mam okno z widokiem na niebo. Leze na podlodze i przenikam wzrokiem szybe. Za szyba gwiazdy i ledwie widoczne klebowiska chmur. Drzwi, na parterze, szczelnie zamkniete- na klucz.
Bedac dzieckiem uwielbialem wychodzic na zawnatrz przez okno- szybciej i ciekawiej. Gdy ojciec stanal w drzwiach, okno bylo jedyna droga ucieczki. Wszedzie wokol byly sciany. Tylko duchy potrafily przechodzic przez sciany.
Babcia hodowala na oknie doniczkowe rosliny- szczegolnie pelargonie . Kilkanascie pelargonii w doniczkach stalo na strazy okien- widzialem swiat z perspektywy pelargonii. Gdy babcia umarla, umarly pelargonie, nikt nie pilnowal juz okien, bo nikogo nie bylo.
Gapie sie w monitor i czuje sie, jakbym gapil sie w okno- widze swiat na zewnatrz w doskonalym zblizeniu. Jestem w posiadaniu swiata, wlascicielem okna.
Od lat szukam drzwi. Na zewnatrz swiata.
