.drzwi otworzyly sie w poprzek drogi. glosy zaczely powoli uchodzic w sina dal. cisza przerazliwie piekla w twarz. niebo mialo kolor zgnilych sliwek. oczy same mowily dobranoc w pocie czola. nagle ogromny snop swiatla uderzyl cie w twarz. na policzkach stopily sie odlamki lodu.
.ktoregos dnia przestrzen pod stolem wydala sie zbyt ciasna. twarz ojca zbyt szorstka od miesiecznego zarostu. skrawek dywanu zbyt maly dla musztrujacego gniewu. ramiona zbyt wiotkie by utrzymac blat.
.bales sie bolu. najlepsza smierc bezbolesna. widziales wisielcow, ale od razu obraz pekajacych kregow zaciskal ci mysli. widziales topielcow ale obraz pekajacych pluc pozbawial powietrza. widziales nozownikow, ale obraz krwawiacych zyl zalewal ci usta.
.zbierales wiec pudelka po zapalkach i ukladales w stos. Zbierales pastylki na ostatnia godzine z przeznaczeniem na pierwsza dobe.cien przychodzil pozna noca. siadal na skrawku twojego lozka. przed oczyma migotaly ci jak w kalejdoskopie twarze i slowa, radosci i smutki, krzyk jak pomieszanie z poplataniem, wyroki ze banal zycie. z oczu plynela rzeka jak historia. poduszka pelna byla lez a lzy pelne pierza.
.nad ranem swiatlo przenikalo izbe i cien znikal. zasypiales pelen swiatla w plucach, zylach, kregach, ustach, oczach.
.rankiem odrywales suche lzy ze spuchnietych powiek.
* czasem myslisz ze swiatlocieniem gasisz zal
