Noc w pociagu miedzy Gdanskiem a Olsztynem. Ojciec wiezie dzieciaka do jednostki wojskowej w Gizycku. Dzieciak pije wodke zbozowa kieliszek za kieliszkiem. Mowi ze sie stresuje. Ze w dupe dostanie jak chuj. Ale kaze sobie sie nie martwic. Bo przeciez jakos tam bedzie. Ojciec klepie syna po ramieniu. W przedziale wyksztalcony Pan probuje rozmawiac o Unii Europejskiej. To taki temat zastepczy, gdy dzieciak jedzie do jednostki wojskowej na rok. Zeby zapchac ten kawalek leku, zniecierpliwienia. Bo przeciez w Polsce bedzie lepiej i nikt nikogo nie bedzie juz lal w dupe o trzeciej nad ranem, bo zainstaluja kamery w salach z pietrowymi lozkami, nie bedzie kotow i katow. Bedzie cisza.
W Olsztynie serwuje sobie solidna dawke soku marchwiowo-pomaranczowego. Bladze miedzy kasami a informacja kolejowa. Patrze jak wskazowki zegara zmieniaja swoj bieg z minuty na minute i czuje jak pachnie bezdomnosc. Szare kombinezony SOK-u probuja przytloczyc atmosfere.
Zamiast radosci przywitania krzywoprzysiestwo. To sprawia, ze nie ma powrotow.
Nic. takie sobie nijakie zakatarzone slowo. Gest przestrzeni. Gest cial. Okrzyk. mam zaufanie do swiata. Albo i nie. Nic
