Nie spalem dzisiejszej nocy. Taka moja zachcianka. A.R. wraca do Wloch. Trzeba pozegnac. Przytulic. Pocieszyc. A jak sie ma, to i dac prezent- niezapominajke. Tylko kulawe bylo jakies to 'do widzenia’. Bez wyrazu, bez twarzy, bez checi.
Z L. w jej domu w Longsite. Spodziewalem sie spotkac niemowe z Wloch, ale akurat zabladzila miedzy Oxford Road a Chorlton Street. L. mowi, ze zna mnie w kazdym calu, ze potrafi przewidziec moje zachowanie. Jak chocby to, ze wiedziala, ze tam o sobie znac w ostatniej chwili. [Nie rozumiecie? Nie musicie rozumiec!] L. ma zamiar obejrzec Matrix 2- bo wszyscy pedza do kina obejrzec Matrix 2.
Dala sie we znaki A.S. Chce mnie odprowadzic na dworzec. Wyjezdzam do Niemiec na pare tygodni, a kiedy wrroce, nie zastane jej juz w S.F. I chyba dobrze, ze. Chyba milo. Ale.
Najtanszy bilet do Madrytu z Manchesteru 118 funtow. Tanszy bilet do Nieba.
Slonecznie. Temperatura jedenascie stopni w skali Celsjusza. Nie komentuje mysli I.S., bo znowu sprostuje i tyle bedzie w moim dzienniku mnie ile jej.
