Obiad w chinskiej restauracji naprawde pyszny. Zwlaszcza, ze pyszna cena tez. Placi A.S. To tak na odchodne. Prezent za mile spedzony czas w Salford. I jeszcze adnotacja na chinskiej chusteczce, ktora ukradlem na pamiatke- ze to byl szalony czas razem spedzony. R A Z E M. Bo moi drodzy A.S. spedzila ze mna mile czas na pogaduszkach, wpolnych wyprawach i posilkach. Bo moi drodzy, nawet gdy A.S. I palnela jakas glupote, wlazla w nietakt, to bylo to mile. I przyjemne w koncu. No i chyba najwazniejsze A.S. dala mi buzi. Ale zeby tak! Po pijanemu!
W nocy, okolo drugiej, uslyszalem dziwny halas wydobywajacy sie z drugiego konca pokoju. R.G. mial atak padaczki.
Podczas,, gdy I.S. prowadzi w pelni tworcze zycie, zarywajac wieczory i noce, zapijajac sie na Poezje, zaludniajac kartki, ja wrzucam w kat biografie S.Plath, ktora zdecydowalem sie przetlumaczyc na polski, malo czytam, malo jem, chyba wcale nie w glowie mi jakas Poezja,zarywam noce tylko w przypadku koszmarnych snow, pije wino zamiast wodki, w niewielkich ilosciach bo drogie, przyziemnie ogladam sie za kobietami, rozprasza mnie wiezowiec za oknem i nielad na biurku.
I jeszcze mysle o domu. Czy kazdy ma czy nie. Ale to nie moj temat.
Cisnienie wysokie (dwie puszki Red bulla), temperatura dziesiec stopni. Mzawka.
Starzec do starca: 'A po co ci ta trzecia noga?’
Okolo 10.30 czasu londynskiego I.S. prostuje informacje. I S. nie zarywa wieczorow i nocy, nie zapija sie na Poezje, nie zaludnia kartek. Co robi? Bog raczy wiedziec. Aha, poza tym nie prowadzi tworczego zycia. To zycie ja tworczo- prowadzi.
