[To nie jest metafora, to nie jest zaden poetycki chwyt, to prawda, ze uderzylem sie glowa o fragment listu M.M. po latach i nie moge pozbyc sie guza. To nie jest bol jak slepa kiszka boli przed wycieciem, to nie jest migrena przedmiesiaczkowa, bo nigdy we mnie, to nie jest jakby szlag trafil w czolo- to Slowo]
Az strach pomyslec ze organizowalismy sesje terapeutyczne we dwojke, najpierw raz w tygodniu, potem czesciej. Ze probowalismy poznac sie chyba nazbyt czasem na oslep. I jeszcze listy, gdzie kipialo od Exupery’ego, gdzie pachnialo rozami, a czasem opodal przemknal cien lisa. I jeszcze gwiazdy zbyt wysoko, by dotknac.
Albo zmagania z literatura ukrainska przy tym samym stoliku- przed nami A.L., ktora niebezpiecznie bala sie pajakow, za nami P.S., ktory kloaka byl zwany, pamietasz?
Wydaje mi sie ze to byl czas, kiedy za bardzo przylgnelismy do etykiet. I etykiety rzadzily nami- bo kto przyjaciel, wrog, znajomy, kochanek.
Ile lat potrzebowalem by uderzyc sie w glowe? Ile lat potrzebowalas, by uderzyc?
