Wczoraj zdecydowaliśmy, że przerwiemy tę zabawę. Przepłuczemy nasze gardła nowymi słowami, które przestaną tkwić w nich bez celu. Bez sensu. Sens nie tkwi w słowach, których nie wypowiedzieliśmy. Raczej w myślach.
Gra w milczenie. Spontaniczna. Usłużna.
Pierwszy dzień najprostszy. Potrzebujemy tego czasu. Choćby po to, bu odpocząć- od siebie, od kłamstwa, które momochodem wypowiadamy, od obelg, które czasem nieświadomie rzucamy na wiatr. Poza tym wszystko jak dawniej. Tak samo robimy herbatę. Tak samo czytamy gazetę, tak samo wiążemy sznurówki. Ale cicho. W ciszy. W milczeniu. We śnie gadam sobie z nieznajomą.
Drugi dzień znacznie trudniejszy. Duszę w sobie zdanie. Najprostrze. Najmniej istotne. Piotr H. też. I Michał L. Zaczynamy przepisywać swoje myśli na papier. Komunikujemy się za pomocą kartki i długopisu. To niezbyt uczciwe w tej grze. Tę prawidłowość dostrzega Piotr H. Przestajemy więc mówić do siebie karteczkami. Jest o wiele trudniej. A to dopiero drugi dzień.
Trzeciego dnia Piotr H. dostaje szału. Wypowiada pierwsze słowo. Pierwsze zdanie. Poddaje się. Twierdzi, że to co robiliśmy było głupie i dziecinne. Widać jego zdenerwowanie. Widać rozpacz. Piotr H. nie potrafi sobie poradzić z Ciszą. Poza tym ma pewnie wyrzuty, ze to on jako pierwszy przerwał milczenie. Choć to pewnie nie do końca tak- dwa razy zdarzyło mi się wycedzić przez zęby parę słów. Nie były one jednak celowe. A przecież o celowość nam chodziło. O bezpośredni słowny kontakt między nami.
Piotr H. przegrywa (?). Trudno się do tego przyznać.
Milczenie ciąży na nas mocniej niż jakiekolwiek inne brzemię.
Wspólnie z Michałem L. kontynujemy jednak grę. Kilka godzin.
To on wygrywa. W końcu jednak i on był przecież nie do końca uczciwy. Poruszał ustami w taki sposób, że wydobywał się z nich dźwięk, ledwie słyszalny, a jednak…
Czy byli tu jacyś przegrani- wygrani? Czy ta spontaniczna zabawa wpłynęła na nasze życie? Na pewno była nowym doświadczeniem. I tyle. Nic więcej.
Chyba, że kropka.
