Po dwugodzinnym snie bylem zmuszony obudzic sie i wyruszyc w podroz do domu rodzinnego na Warmii i Mazurach. Spiaco jest. Ciut lunatykuje. Wraz z rowniez lunatykujaca, spiaca L.P. jedziemy rannym pociagiem do Olsztyna, spotykamy w nim jedynego w swoim rodzaju swirusa- wariata, ktory uwaza sie za aniola i jak kazdy aniol nie potrzebuje biletu na przejazd. Potrzebuje go zas konduktor, krory owego swirusa- wariata probuje wyelminowac z pociagu. Ale on, jak kazdy swirus- wariat nic sobie z tego nie robi, obiada sie czekolada i probuje nas namowic abysmy w ciagu trzech najblizszych miesiecy ogladali telewizje, bo ponoc bedzie sie dzialo, och bedzie.
W Olsztynie zegnam sie z L.P. , skladam jej swiateczne zyczenia i ogolnie jest bardzo przyjemnie.
Do domu wracam z Olsztyna autobusem, konkretniej- dwoma. Wiewiorki takie same jak przed dwoma tygodniami. Tablica informujaca o nazwie miejscowosci troche przekrzywiona, jakby ja szlag trafil. Pies sasiadow wciaz szczeka na sasiadow. Telefon od O. z Przemysla.
Kolacja wigilijna z mniejsza dawka klotni przystolnych. Wzruszajaco jest. Rozdaje prezenty.
Telefon od A.Z. Zadzwonila tez o dziw nad dziwy K.M. Pytala czy za nia tesknie. Kilkudniowe rozstanie dobrze mi jednak zrobi.
