Od czasu do czasu odwiedza mnie Zjawa. Tak nazywają miejscowi pana Marka, bezdomnego z Nowego Targu, który nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu, bez przerwy ma coś do załatwienia to w Sanoku, to w Krakowie, to w Dukli. Wędruje piechotą albo jeździ stopem. Śpi tam, gdzie go noc zastanie. Czasem na przystanku autobusowym, innym razem w hotelu; wiele razu zdarzyło się, że kierowcy opłacali panu Markowi noclegi w wysokiej klasy pensjonatach.
W Dukli odwiedza zawsze babcie klozetową na dworcu autobusowym, czasem wyręczy ją w sprzątaniu muszli, innym razem pomoże naprawić trzezczące drzwi. W schronisku zjawia się często, bo ma układy z kierownikiem. Nie płaci za nocleg, bo niby z czego miałby zapłacić. Robi pranie, gotuje sobie jakąś gorącą strawę, ogląda telewizję. Spędza tu kilka dni, potem znowu rusza w drogę.
Jak dostanie coś z opieki dzieli się ze mną pół na pół, lubi mnie- czego nie kryje, często wyznając swoją miłóść. Zaopatruje mnie w cukier i makaron, płatki owsiane i ser, mleko i ryż. Wbrew pozorom mamy ze sobą wiele wspólnego, bezdomność przyjmuje często różne kształty.
W nocy lubi chrapać, wychrapuje z siebie całą trwogę, ból i zmęczenie. Rano czuje się doskonale, nigdy nie narzeka, pije mocną kawę i wypala pierwszego papierosa.
Kto wie co przyniesie dziś?
