Zaczynam odczuwać głód wędrówki. Zasiedziałem się w Dukli. Miała to być przygoda na chwilę, stała się przygodą na dłużej. Przestrzeń skurczyła się, wyjałowiała. Codzienność stała się rutynowym obowiązkiem. Rzeczywistość najeżyła obecnością. Za dużo tu mnie we mnie, za mało.
Od kilku dni nie wypuszczam słów, myśli są zbyt lepkie, by mogły odlecieć. Szukam lekarstwa na niepłodność, jakaś cząstka mnie zaczyna gnić. Stronię od alkoholu, chociaż niejeden radził by mi po prostu zapić pałę.
Na rynku robotnicy rozbierają bożonarodzeniową szopkę. Chwytają Józefa i Marię za ramiona i rzucaja na przyczepę, póżniej odczepiają żłóbek z Jezuskiem, zabieraja też zwierzęta; po kilkunastu minutach plac przed ratuszem pustoszeje. Wygląda, jakby Bóg go opuścił.
Odgrzewam sobie rosół na kolację, zdmuchuję tłuste oczka w zupie, bawię się makaronem, jakbym nie miał nic innego do roboty.
Czytam Dziennik pisany później Stasiuka, robię uwagi na marginesie książki, choć treść nie zachwyca mnie, czuję, że to ważna książka. Choćby dlatego, że autora znam osobiście, a jego sceptyczne podejście do świata, jest moim punktem odniesienia.
Wieczorem zmywam dzień pod prysznicem. Opatulony w ciepły ręcznik zasypiam nad lekturą Umberto Eco.
