Dostałem kiedyś w prezencie ikonę Trójcy Św. Rublowa. Niewielka, przyklejona na lipowej desce scena towarzyszyła mi w wędrówkach przez wiele lat. Można było ją zmieścić w każdym plecaku, a nawet w kieszeni, zawsze pod ręką, zawsze pod sercem.
W łemkowskich cerkwiach często widywałem różne ikony, pisane rękami świętych i grzeszników, ale nigdy nie były one dla mnie tak ważne, jak ta mała, mało wartościowa ikona; jakaś siła biła od niej każdego dnia, była jak przypięty do każdej wędrówki Anioł Stróż.
Któregoś dnia dostrzegłem, że deska została pogryziona przez myszy, zwierzęta dobrały się do struktury drewna, ale samej sceny Rublowa nie naruszyły. Wtedy uwierzyłem, że istnieją w życiu zjawiska chronione świętym prawem.
W niedzielę budzę się później, wolno otwieram najpierw jedno oko, potem drugie, wypuszczam fragmenty nocnego powietrza przez uchylone okno, rozciągam mięśnie, włączam radio, sprawdzam temperaturę na zewnątrz świata. Wolno piję kawę rozpuszczalną, ciesząc się każdą chwilą smaku. Biorę prysznic, wkładam odświętną koszulę, starając się wyróżnić niedzielę z innych dni tygodnia.
Od czasu do czasu spaceruję wolno po dukielskim rynku, czasem robię dwa, czasem cztery okrążenia; podczas marszu zwykle planuję cały następny tydzień, świeże powietrze dodaje mi trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość. Klepię niedźwiedzia w ramię, drewnianą rzeźbę przy sklepie z antykami; kilka razy złapali mnie na gorącym uczynku staruszki z naprzeciwka, oczy im się wtedy zaokrągliły a usta zaśmiały.
Dużo drzemię, między jednym a drugim zdaniem. Czasem wylewam z siebie rzekę słów. Innym razem, potok snów.
