Noc spędzam w dworcowej poczekalni. Długo nie mogę zasnąć.
Jako jedyny jestem nie stąd, stąd jest za to grupa miejscowych bezdomnych, zajmujących większość ławek przy kaloryferach; niektórzy w stanie głębokiego uśpienia, inni w stanie alkoholowego upojenia. Część z nich, jak młody chłopak siedzący na parapecie, bezdomnym jest od czasu do czasu, wtedy kiedy akurat ma taką zachciankę. Często zajmuje się sprzedażą kradzionych telefonów, wśród żebraków znany jest jako biznesmen.
Poczekalnia na dworcu ma dwie zainstalowane kamery oraz etatowego ochroniarza. Ochroniarz pojawia się jednak na raz na godzinę, często zaglądając tylko przez okno i jeśli niczego podejrzanego nie zauważy wraca do swojej stróżówki, gdzie rozwiązuje krzyżówki. Kamery wyglądają jednak na straszaki, albowiem każde dziecko wie, że jeżeli światełko w kamerze nie świeci, to nie działa. Policja pojawia się na poczekalni tylko na wezwanie, wezwania zdarzają się jednak najczęściej rano, gdy trzeba przetransportować bezdomnego delikwenta na bezpłatną izbę wytrzeźwień, nakarmić i umyć.
Około pierwszej w nocy poczekalnia się ożywia, miejscowi świętują przyjęcie w swój poczet nowego kolegi. Przyjechał z Mielca, więc trzeba przywitać. I okraść. Najpierw kilku miejscowych bezdomnych nawiązuje przyjaźń z nowincjuszem, częstując go siarą czyli najtańszym winem dostępnym na rynku. Potem, gdy nowincjusz jest już na tyle wstawiony, by stracić wszystkie zmysły, jeden z weteranów, najczęściej najbardziej zwinny wkłada rękę do kieszeni nowincjusza i opróżnia jego portfel. Ojciec bezdomnych, najbardziej poważany wśród kompanów, zabiera forsę i idzie do najbliższego sklepu nocnego, by jak najszybciej wydać gotówkę na kolejną flachę albo dwie.
Dzisiejszej nocy jednak miejscowi nie mieli szczęścia. Nowincjusz z Mielca miał pusty portfel. Zostawili biedaka zarzyganego na środku poczekalni i uciekli.
Wczesnym rankiem ustawiam się w kolejce do kasy po bilet autobusowy do Dukli.
