Gdy zabrakło ciszy, uciekłem w Bieszczady. Ze starej mapy wydarłem kawałek zawieruszonej pod Otrytem przestrzeni, czmychnąłem w świat wytarty z miejskiego gwaru, z opium szeptów, z trajektorii babilońskiego bytu. Wszedłem w samotność, między wgórze a rzekę, z myszą sąsiadką i rysiem, przypadkowym gościem.
Nabiłem sobie guza przy rąbaniu drzewa. Wytarłem ranę zimnym śniegiem, ze starego podkoszulka zrobiłem opatrunek; ból minął po kilku minutach rozpływając się w garści białego puchu.
Z polan ustawiałem zgrabne stosy, porcje dzienne i tygodniowe, poranne i wieczorne. Pracowałem trzy, cztery godziny, robiłem przerwę na kawę i chleb z dżemem, kontynuując Siekierezadę do ostatniej deski.
Potem siadałem na progu, dłubałem w nosie i bawiłem się z kotem przybłędą. Mieliśmy sobie tyle do powiedzenia. Tyle co nic.
Na wiszącym moście uczyłem się grawitacji, przerażała myśl o kąpieli w mroźnym strumieniu, więc egzamin zdałem- choć pozbawiony wolności lewitacji.
Starannie badałem najbliższe otoczenie, próbowałem rozpoznać ślady dzikich zwierząt, lecz w konsekwencji udało mi się jedynie odróżnić ludzką stopę od łapy domowego kota przybłędy.
Zrzucałem z siebie maskę po masce, w końcu odkryłem, że zostało we mnie tylko małe dziecko, bezbronne i strachliwe jak wróbel.
Bałem się szumu wiatru, skrzypienia drzwi i podłogi, trzaskania ognia w kominku. Próbowałem zamknąć uszy na dźwięki, lecz te, jakby na złość, dźwięczały donośniej i prężniej.
Uczyłem się ciszy od początku. Bolało.
Wieczorem napaliłem w kominku. Ogień połykał gałęzie stopniowo, wysysał z nich resztki życia. Wbrew pozorom, śmierć nie ma łatwego zadania, życie nie kapituluje bez walki.
Gorąca herbata w towarzystwie Kierkegaarda i Kanta. Zadymione fragmenty myśli oswojone przez sen.
