z domu do przystanku autobusowego miał niespełna kilometr drogi, ale i to wydawało się dystansem nie do pokonania o tej porze dnia. Latarki nie miał, a uliczne lampy zgasły jeszcze wczoraj. Szedł chwilę we mgle, modląc się by nie wdepnąć przypadkiem w krowią kupę, potem przestał się modlić, bo poczuł pod podeszwą miękką i śliską powierzchnię. wtedy zaczął przeklinać; znalezionym w rowie patykiem wydłubywał gówno z buta, bo nie wypadało jechać do miasta w śmierdzącym obuwiu.
na przystanku nie było nikogo oprócz bezpańskiego psa, mgła miała gęstą konsystencję, widoczność osłabiały też opady deszczu.
chwilę później usłyszał w oddali czyjeś kroki, potem zobaczył sylwetkę mężczyzny, miał problemy ze zidentyfikowaniem twarzy, ale wywnioskował, że to Bronek, pijak ze wsi- pewnie jedzie do ruskich na handel, zawsze wraca z takiej podróży obładowany dwoma torbami z alkoholem- jedna na własne potrzeby, druga na potrzeby innych.
Bronek przywitał się niewyraźnym dzień dobry na odczepnego, bo dzień był wyjątkowo paskudny. Przez parę minut palił papierosa zaciągając się mocno, potem zaczął pokasływać, oskrzelami nie mógł się pochwalić. w końcu zaczął się do niego zbliżać, najpierw po linii prostej, potem na okrągło. W końcu przystanął naprzeciwko, podrapał się po głowie i zapytał z niepewnością w głosie- ty to syn miklusza, nieprawdaż? pokiwał twierdząco głową. Bronek chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi, bo się już nie odezwał, zrobił kilka kroków w tył. i zwrot.
autobus przyjechał kilka minut za wcześnie. stary wysłużony Autosan zahamował o kilka metrów za daleko; ciężko przy takiej pogodzie o perfekcję. Ostatnie i przednie siedzenia były już zajęte. usadowił się wiec w środku, rozglądając się badawczo wokół własnej osi.
grupa nastolatków odważnie nuciła najnowsze hity polskiego rocka, potrząsała energicznie głowami i malowała jakieś esy floresy w powietrzu własnymi rękami. Jedyna dziewczyna w ich gronie próbowała przypudrować sobie policzki, ale tylne siedzenia nie były najwygodniejsze , więc przesiadła się kilka rzędów dalej, przy okazji znalazła paczkę chipsów i z dumą częstowała nimi swoich towarzyszy.
dwie kobiety z przodu dzieliły się doświadczeniami przyjmowania porodu u krów; jak się okazało krowie nie jest łatwo się ocielić a gospodarzowi nie jest łatwo wyciągnąć cielę z krowiej macicy-w wielu przypadkach potrzebna jest pomoc weterynarza, jego wprawnych rąk i szerokiej wiedzy na temat zwierzęcej ciąży.
kierowca od czasu do czasu włączał się do dyskusji- choć sprawiał wrażenie, żę nie znał się na temacie- kobiety bez przerwy przerywały mu jego dywagacje, naprawiały jego poglądy i śmiały się głośno z jego głupoty. Kierowa był pewnie mieszczuchem, krowę widział może dwa razy w życiu, ale jako mieszczuch musiał wtrącić swoje trzy grosze- skądinąd ciążyła bowiem w okolicach opinia o wyższości mieszczucha nad chłopem; wiadomo chłop durny jak osioł, a mieszczuch, jak wiadomo swoje szkoły ma.
co innego inteligent. najwyższy z hierarchii dziś nie jeździ już autobusem. stać go na więcej. na samochód albo najlepiej dwa. jeden na dni parzyste, drugi na nieparzyste, jeden na dni deszczowe, drugi na słoneczne, jeden na świątek drugi na piątek. Inteligenta nie interesują rozmowy o krowach w ciąży, nie wypada mu też nucić hitów polskiego rocka. Inteligent słucha Mozarta, rozmawia o filozofii egzystencjalnej i jeździ na wczasy do Tunezji.
siedział w środkowym rzędzie i czytał Tokarczuk, od czasu do czasu przysypiał, jakby treść książki go nudziła, budził się jednak szybko, zerkał na zegarek i po raz kolejny zanurzał się w lekturze. gdy autobus dojeżdżał do miasta mgła już całkowicie opadła i było już całkiem widno. nałożył starannie czapkę na głowę i wyszedł na zewnątrz. powietrze było świeże i czyste. oddychał głęboko. szedł przed siebie. do celu miał tylko kilka metrów.
