Wspolnie z japonska turystka Mai jedziemy do Sarnath. Mijamy gliniane domy, spacerujace wzdluz drogi matki z dziecmi wyciagajacy rece po kilka rupii, przeciskamy sie pospiesznie przez tlumne i chaotyczne ulice, jadac raz pod prad innym razem z pradem. Byle do celu.
Sarmarh to mala wioska polozona ponad dziesiec kilometrow na polnoc od Varanasi, z malenka kolejowa stacyjka i liczna liczba swiatyn buddyjskich. To tu kilka tysiecy lat temu Budda nauczal swoich uczniow uniwersalnych praw skoncentrowanych wokol ludzkiego zycia- praw dharmy- skupiajac wokol siebie ponad pieciuset uczniow i wyswiecajac ich na mnichow. To wlasnie w Sarnath po raz pierwszy powstal pierwszy klasztor buddyjski ze swoja organizacja i struktura.
Sarnath to przeciwienstwo Varanasi- miejsce mniej tlumne, ciche, zielone, calkowicie oddane modlitwie i zadumie. Komercja jeszcze nie wgryzla sie w pejzaz tego miejsca, choc turystow duzo.
W lokalnej restauracji u usmiechnietego po uszy tybetanczyka jemy pozne sniadanie, spacerujemy uliczkami wioski, nawiazujemy przyjaznie z miejscowymi dzieciakami, ktore uwielbiaja pozowanie do zdjec- czuja sie wtedy jak modele, powieksza sie ich poczucie wlasnej wartosci. Znalezienie sie w kadrze aparatu fotograficznego jest dla nich zaszczytem.
Kobiety z wioski wylawiaja liscie z miejscowego jeziora, ukladaja stosy siana, przekopuja grzadki w ogrodzie.
Zwiedzamy buddyjskie swiatynie i klasztory- chinskie, japonskie, tajskie, tybetanskie- kazda ma wyjatkowy, niepowtarzalny klimat; cisza i spokoj ulatwiaja zadume, rozkoszujemy sie wiec kazdym miejscem, odpoczywamy w cieniu drzew grejfrutowych i bananowcow, chronimy sie przed sloncem pod palmami.
Pogoda nieprzyjemna, ponad czterdziesci stopni celsjusza, do tego duszno i parno.
Thali u Hindusa, potem odpoczynek w klasztorze. Pierwszy od tygodni deszcz, walka z komarami i mrowkami.
Potem wieczorny spacer, prysznic, fotograficzna retrospektywa, woda mineralna, herbata imbirowa.
Cisnienie niskie.
