O osmej sniadanie w lokalnym barze. Paranta i mleczna herbata. Bar przypomina nieco prowizoryczna szope, zbudowana z kilku drewnianych pali, otoczona brudnym lnianym materialem, zwienczona dachem pokrytym plandeka. Kamienny piec, butla gazowa z kilkoma palnikami, do tego beczka z woda, kilka stolow i drewnianych lawek to jej glowne wyposażenie. Menu rownie proste jak wnetrze baru- herbata, paranta i ryz- kombinacja indyjskiego sniadania obiadu i kolacji. Tanio. Najtaniej w Manikaran . Gdzies na zachodzie inspekcja sanitarna prawdopodobnie natychmiast zamknęła by takie miejsce z powodu niskiej higieny- tu setki podobnych miejsc działają legalnie; poki nie ma śmiertelnych ofiar salmonelli czy bakterii koli wszystko jest w porzadku. Na rozwolnienie najlepszy jest polski wegiel leczniczy. Piec tabletek trzy razy dziennie plus dwudniowa glodowka powinna pomoc.
Po sniadaniu krotka przejazdzka autobusem do Kashol. Enklawa zydowkich osadnikow i europejskich turystow. Dziesiatki hoteli, kawiarni internetowych, barow, biur turystycznych, sklepow z pamiątkami. Raj dla zakupoholikow. Stracony czas dla reszty.
Agnieszka poluje na okazje. Zaszywa się w sklepikach z bizuteria i ubraniami. Ja wole uciechy podniebienia.
Za sto rupii miejscowi jubilerzy sprzedaja kamienie księżycowe, topaz i ametyst, kucharki serwuja tuk pe za trzydzieści rupii, momosy za dziesięć i kawe za piętnaście. Koszula wg wybranego wzoru na zamowienie u lokalnego krawca kosztuje tu sto pięćdziesiąt rupii, Internet czterdzieści, woda mineralna dwadzieścia.
Za darmo można wymoczyc nogi w rzece, wejsc na lokalne wzgorze, zamienic pare slow z przepasanym pomaranczowa szata świętym baba. Najlepiej w miejscowym jezyku.
Po poludniu powrot do Manikaran. Gorace zrodla paruja kilkanaście metrow ponad wioska. Krotki spacer waskimi uliczkami wśród straganow i świątyń. Szybka kolacja. Dobry, spokojny sen.
